Po pokonaniu Orlando Magic (88:87) i Milwaukee Bucks (118:113) "Czarodzieje" stanęli przed szansą najlepszego rozpoczęcia rozgrywek od dziesięciu lat, kiedy wygrali trzy pierwsze mecze. Knicks pokonali w siedmiu wcześniejszych spotkaniach z rzędu, ale na drodze do kolejnego triumfu stanęła im słaba końcówka.

 

Wizards do sobotniej konfrontacji przystąpili niespełna dobę po spotkaniu w Milwaukee. Nowojorczycy natomiast do stolicy przyjechali po dniu przerwy. Mecz obfitował w faule i był wyrównany. Prowadzenie zmieniało się 13-krotnie, a 16 razy na tablicy wyników widniał remis. Jeszcze na dwie minuty przed jego zakończeniem było 106:106. Od tego momentu gospodarze z gry trafili jednak jeszcze tylko raz.

 

Gortat rozpoczął spotkanie w pierwszej piątce i przebywał na parkiecie 26 minut. Trafił zaledwie dwa z ośmiu rzutów z gry i pięć z sześciu wolnych. Miał także pięć zbiórek, jedną asystę i jeden przechwyt. Polak trzykrotnie został zablokowany, popełnił aż cztery straty (najwięcej ze wszystkich zawodników) i pięć fauli. Ostatnie siedem minut oglądał z ławki rezerwowych.

 

W ekipie Wizards wyróżnili się Bradley Beal - 26 pkt i rozgrywający John Wall - 25. Nikt w ich drużynie nie potrafił jednak zatrzymać Carmelo Anthony'ego. 31-letni skrzydłowy w trakcie spotkania zaliczył serię ośmiu trafionych rzutów z rzędu. Ostatecznie jego skuteczność z gry wyniosła 61,1 proc. (11/18), a na swoim koncie zapisał 37 pkt.

 

"Kiedy złapie swój rytm, bardzo trudno go upilnować" - przyznał Otto Porter, na którego barkach głównie spoczywało krycie Anthony'ego.

 

"Czarodzieje" będą teraz mieli chwilę wytchnienia. Kolejny mecz rozegrają dopiero w środę. We własnej hali zmierzą się z San Antonio Spurs.