Czas jest najwyższy, bo plotek, domysłów insynuacji jest bardzo dużo, a zarówno ratusz, jak i klub nie wydał jeszcze żadnego oświadczenia. Wzajemne zaufanie i sympatia prezydenta miasta z Boreckim wyraźnie dobiega końca. Żeby dobre wrażenie nie zostało za bardzo zatarte pewnie obie strony rozstaną się za porozumieniem stron zasłaniając się – faktycznym – gorszym stanem zdrowia prezesa.

 

Kapustka: Nigdy nie byłem aniołkiem


Fakty są jednak takie, że przez trzy lata kadencji Wojciecha Boreckiego klub nie zanotował żadnego postępu piłkarskiego, bo gdy dokładnie trzy lata temu były trener przejmował ten fotel po Marku Glogazie sytuacja w tabeli była identyczna. Zespół zajmował ostatnie miejsce, a Borecki dokonując totalnej przebudowy raczej szykował się do spadku i tworzenia zespołu, który półtora roku później miał z pierwszej ligi awansować.

„Cud pod Klimczokiem” zafundowany przez Czesława Michniewicza, który po kilku kolejkach zastąpił szukającego szczęścia i pieniędzy w Rosji Dariusza Kubickiego, przyjęto z euforią, ale podstawowych problemów klubu nie rozwiązał. Wszyscy się cieszyli i nad właściwymi mankamentami Podbeskidzia rozłożona została opatrzona słowami „sukces” kołdra.

Bo jedyny piłkarski klub regionu w Ekstraklasie przez lata nie potrafił wokół siebie zbudować licznej grupy kibiców, którzy drzwiami i oknami nie pchali się na nowy – choć nie pozbawiony usterek i złych rozwiązań – ciągle nie dokończony stadion. To chyba jedyny taki przypadek w Polsce, że nowy obiekt – przynajmniej na początku - nie przyciąga zainteresowanego nim widza.

Od klubu zaczęli się odsuwać sponsorzy, w tym ten główny „Murapol”, który płacąc duże sumy chciał mieć większy wpływ na politykę klubu, a go nie otrzymał. Współpraca z mniejszymi klubami Beskidów praktycznie nie istniała. Nawet w samym Bielsku-Białej ludzie związani z piłką nie specjalnie potrafili się z Boreckim dogadać. Znów nie udało się tu żadnego piłkarza zbudować by z zyskiem go sprzedać, a z tego przecież powinien żyć klub pokroju Podbeskidzia. Pojawiały się za to jak grzyby po deszczu transferowe niewypały w postaci Sebastiana Bartlewskiego, Fabiana Hiszpańskiego czy Macieja Korzyma. Wszyscy sporo kosztowali, ale drużyna w zamian za wiele nie dostała.    
 
Tomasz Mikołajko to człowiek „stąd”, bielszczanin, bo Boreckiemu często zarzucano, że jedną nogą jest na Podlasiu, gdzie zresztą często wyjeżdżał. Ale sam fakt związku z regionem i wielu dobrych kontaktów z firmami z tej części Polski wystarczyło, by Podbeskidzie stało się wreszcie klubem stojącym na solidnych postawach.

Potrzebna jest wreszcie współpraca z mniejszymi klubami z okolic Bielska-Białej, bo ta również praktycznie nie istniała. Zbudowanie solidnej bazy kibiców też będzie niełatwym zadaniem, bo wiadomo, jakie są animozje między fanami BKS-u i TSP. Do Bielska na oglądanie Ekstraklasy, a tym samym piłkarzy Legii Warszawa, Lecha Poznań czy Lechii Gdańsk mogliby przecież przyjeżdżać spragnieni piłki na najwyższym poziomie sympatycy futbolu z Cieszyna, Czechowic-Dziedzic czy Żywca. Zachęcać musi jednak nie tylko marka Ekstraklasa. Czy prezesi z Bełku, Czańca czy Piotrówki zostali zapraszani na mecze na Rychlińskiego? Czy któryś z młodych piłkarzy z niższych klas miał szansę przyjechać na testy i poczuć smak Ekstraklasowicza?

Sam Mikołajko – jeśli przyjmie ofertę - tego ciężaru nie będzie w stanie udźwignąć. Musi otoczyć się grupą lojalnych i kompetentnych ludzi i właściwie rozdzielić zadania. Stworzyć wreszcie pion sportowy, którego od lat w klubie nie ma i wyznaczyć mu konkretne zadanie.

Błędem Boreckiego było to, że nie stworzył wokół siebie sztabu osób, którzy nad wieloma podstawowymi elementami funkcjonowania klubu powinni pracować. Z początkiem sezonu nie przedłużył umowy z legendą bielskiej piłki Grzegorzem Więzikiem, który wiele lat temu przyciągnął go do trenerskiej pracy i pełnił rolę skauta. To on jeździł na obserwację na mecze w południowej części Polski i na Słowację. To on znalazł Roberta Demjana czy Antona Slobodę. Zanim trener Radoslav Latal otrzymał ofertę z gliwickiego Piasta Więzik proponował go Boreckiemu. Prezes nie chciał jednak zagranicznego trenera. Jedyną osobą, z którą konsultował tematy transferów byli dość często zmieniający się trenerzy. A przecież to nie powinno być główne zajęcie prezesa. Inna sprawa, że Borecki nie mógł zapomnieć, że był kiedyś trenerem, więc bardzo często w tę rolę się wczuwał.
 
Mikołajce taka sytuacja nie grozi. Ale musi mieć świadomość, że jeśli wejdzie do Podbeskidzia, a zespół się nie utrzyma, to z jego nazwiskiem będzie łączony ten fakt, mimo, że to przecież nie byłaby jego wina. Przecież gdyby było tak dobrze, o czym przez wiele miesięcy na łamach mediów nie przekonywali nas prezes Borecki i trener Robert Podoliński, to nikt nie myślałby o tym, by na szczycie Podbeskidzia nagle miała zajść tak istotna zmiana…