Dla reprezentacji Polski starcie z Argentyną było początkiem przygotowań do startu na igrzyskach olimpijskich w Montrealu, gdzie biało-czerwoni mieli bronić wywalczonego w Monachium złota. Kibice oczekiwali w Chorzowie równie efektownego zwycięstwa, jak dwa lata wcześniej, gdy w pierwszym występie na MŚ '74 biało-czerwoni ograli rywali 3:2. Trener César Luis Menotti przebudowywał jednak skład Albicelestes i w tym meczu wystąpiło zaledwie dwóch graczy, którzy rywalizowali z Polską na MŚ 1974 (Rene Houseman - w obu spotkaniach wszedł na boisko po przerwie oraz Mario Kempes). Reprezentacja Argentyny - gospodarz kolejnych mistrzostw świata - w marcu 1976 roku ruszyła w tournée po wschodniej Europie. Do Chorzowa przyjechała z Kijowa, gdzie cztery dni wcześniej, w rozegranym w śnieżnej scenerii meczu pokonała - po golu Kempesa - 1:0 ZSRR.

 

Kadra, którą wystawił Kazimierz Górski również była mocno eksperymentalnie zestawiona, na placu gry pojawiło się aż pięciu debiutantów: Jan Beniger  (Ruch), Zbigniew Boniek (Widzew), Stanisław Burzyński (Widzew), Paweł Janas (Widzew) i Janusz Kupcewicz (Arka). Po raz pierwszy w reprezentacji Polski pojawili się piłkarze Widzewa Łódź - rewelacyjnego beniaminka ekstraklasy; zawodnicy tego klubu za kilka lat będą stanowili o sile drużyny narodowej. Po raz pierwszy do kadry trafił również piłkarz Arki Gdynia. Trójka z tych nowicjuszy (Boniek. Janas i Kupcewicz)  zrobi w niedalekiej przyszłości ogromne reprezentacyjne kariery, grając kluczowe role na medalowym mundialu 1982 roku.

 

Pierwsza porażka od dekady

 

Sześćdziesiąt tysięcy widzów zgromadzonych na trybunach Stadionu Śląskiego obejrzało interesujące widowisko. W pierwszej połowie przeważali biało-czerwoni, ale bramkarz rywali - Hugo Gatti - w kilku sytuacjach miał dużo szczęścia. Przewagę udało się Polakom udokumentować dopiero po przerwie - w 58. minucie, a bramka padła w niecodziennych okolicznościach. Kazimierz Kmiecik egzekwował rzut rożny i tak podkręcił piłkę, że minęła ona argentyńskich obrońców i wpadła bezpośrednio do bramki! Był to pierwszy w historii gol zdobyty przez Polaków bezpośrednio z kornera, ale - można by rzec - w tamtych czasach w Chorzowie niemal codzienność. Kilka miesięcy wcześniej bramkę "z rogu" w meczu Pucharu Mistrzów z Kuopio zdobył dla Ruchu Józef Kopicera, a ponad rok po starciu z Argentyną, podobnym wyczynem w meczu reprezentacji przeciwko Portugalii popisze się Kazimierz Deyna.

 

Polacy długo nie cieszyli się z prowadzenia. Obrońcy gospodarzy dwukrotnie zaspali i Argentyńczycy najpierw wyrównali - po rajdzie i trafieniu Hectora Scotty, a następnie przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę, gdy Rene Houseman popisał się celną główką po rzucie rożnym. Gdy padała druga bramka dla gości, Bońka nie było już na boisku. Zmienił go kilka minut wcześniej Janusz Kupcewicz. W końcowym kwadransie na boisku pojawił się Paweł Janas, który zadebiutował być może przez przypadek. Inny debiutant - Jan Beniger, który pojawił się na boisku po przerwie, doznał przykrego urazu: jeden z rywali nadepnął na jego stopę i zerwał mu paznokieć... Z buta lała się krew, piłkarz musiał więc opuścić boisko.

 

Polacy przegrali w Chorzowie po raz pierwszy od dekady, gdy ulegli 0:1 przyszłym mistrzom świata - Anglikom. I tym razem pokonali biało-czerwonych zwycięzcy najbliższego mundialu...

 

 

24 marca 1976 (godz. 17.30) Chorzów (Stadion Śląski, widzów: 60 000)

Polska – Argentyna 1:2 (0:0)

Polska: Stanisław Burzyński – Antoni Szymanowski (46. Wojciech Rudy), Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Henryk Wawrowski, Zbigniew Boniek (64. Janusz Kupcewicz), Kazimierz Deyna, Lesław Ćmikiewicz, Grzegorz Lato (46. Jan Benigier, 75. Paweł Janas), Andrzej Szarmach, Kazimierz Kmiecik. Trener: Kazimierz Górski.
Argentyna: Hugo Orlando Gatti – Jose Mario Olguin, Daniel Killer, Jorge Carrascosa, Alberto Tarantini, Marcello Antonio Tobbiani, Americo Ruben Gallego, Ricardo Enrique Bochini, Hector Horacio Scotta (64. Rene Orlando Houseman), Leopoldo Jacinto Luque, Mario Alberto Kempes, Osvaldo Cesar Ardiles. Trener: César Luis Menotti.

 

Bramki: 1:0 Kmiecik 58, 1:1 Scotta 63, 1:2 Houseman 69

 

Sędzia: Ernst Dörflinger (Szwajcaria).

 

Talent z Bydgoszczy

 

Boniek zadebiutował w pierwszej reprezentacji tuż po swoich dwudziestych urodzinach. Otrzymał powołanie od selekcjonera Kazimierza Górskiego, jednak sporą rolę w tej sprawie odegrał ówczesny trener reprezentacji młodzieżowej i bliski współpracownik Górskiego - Ryszard Kulesza. Poszukując pomocników do reprezentacji młodzieżowej, jesienią 1975 roku wykonał kilka telefonów do trenerów klubowych. Opiekun Widzewa Leszek Jezierski mocno namawiał go do skorzystania z usług młodego gracza łodzian - Zbigniewa Bońka. Kulesza miał tego zawodnika na oku już wcześniej. Zaprosił 19. latka do kadry U-21 i  zabrał go na towarzyski turniej do Teheranu; tam ani Boniek, ani pozostali Polacy nie błyszczeli i po klęsce z egzotyczną drużyną Korei wrócili do domu.

 

Nazwisko Bońka zagubiło się gdzieś w odmętach notesu trenera Kuleszy, a kariera młodego zawodnika znalazła się na zakręcie. Nie po raz pierwszy i nie ostatni dał o sobie znać jego trudny charakter. Po awanturze z mistrzem olimpijskim Zdzisławem Krzyszkowiakiem musiał pożegnać się z Zawiszą Bydgoszcz. Miał już jednak wyrobioną markę i nie narzekał na brak propozycji. Oferta z Widzewa - beniaminka ekstraklasy, nie była wyrazem filantropii łodzian. Jak się wkrótce okazało był to transferowy strzał w dziesiątkę, zarówno dla klubu, jak i samego piłkarza.

 

Kulesza postanowił zaufać koledze po fachu i w listopadzie 1975 roku pojawił się na stadionie Widzewa. Pojawili się tam wówczas również piłkarze Stali Mielec, którzy przyjechali do Łodzi w roli faworytów ligowego starcia. Wszyscy tego dnia byli jednak w cieniu Bońka, który nie tylko zagrał kapitalną partię, ale również celnym strzałem przesądził o zwycięstwie Widzewa 1:0. Kilka dni później Kulesza wysłał mu powołanie na mecz młodzieżowej reprezentacji Polski z Bułgarią. Biało-czerwoni przegrali to spotkanie 0:1, główny bohater tej opowieści nie spędził na boisku pełnych 90. minut, ale trener młodzieżówki chyba się do niego przekonał i zaczął również przekonywać do tej kandydatury Kazimierza Górskiego. Kilka miesięcy później, w lutym 1976 roku Boniek dostał kolejne powołanie, na towarzyskie tournée reprezentacji po Hiszpanii. Była to już pierwsza reprezentacja Polski.

 

Trema debiutanta

 

Jak prasa oceniła debiut Bońka? Recenzje były różne, od tych bardzo pochlebnych, aż po krytyczne. Te ostatnie podkreślały ogromną tremę debiutanta: "W pierwszych minutach meczu z Argentyną nie wiedział, jak się  nazywa. Zrobił kilka automatycznych kroków, podań i jeszcze bardziej zdenerwował się, gdy pierwsza piłka była niecelna. Doszedł do siebie po kwadransie, ale wciąż zachowywał się niepewnie, bojaźliwie. Szybko pozbywał się piłki, grał bez polotu, bez fantazji, jakie cechują go w drużynie klubowej. W gwarze piłkarskiej nazywa się to płaceniem  frycowego." - pisał jeden z dziennikarzy.

"Próby z Bońkiem muszą być kontynuowane, gdyż to, co zademonstrował nie jest na tyle przekonywujące, aby można spokojnie patrzeć w przyszłość. Być może zjadła go debiutancka trema, nie da się jednak ukryć, że wstrzymuje piłkę, nie zawsze celnie ją adresuje, a w Chorzowie strzelał bez wiary w powodzenie." – dodał inny.

 

"Boniek zagrał poprawnie. Wymieniłem go, ponieważ wydawało mi się, że opadł z sił. Do momentu zejścia z boiska był jednak bardzo pracowity" - stwierdził po meczu selekcjoner Kazimierz Górski. Pozytywnie o swym podopiecznym wypowiadał się natomiast trener Leszek Jezierski, który oglądał mecz z trybun Stadionu Śląskiego:

 

"Z debiutu Bońka jestem zadowolony. Może pierwsze dwadzieścia minut grał jakby trochę zdenerwowany, ale później było już zdecydowanie lepiej. Zresztą w początkowej fazie spotkania był o wiele rzadziej wykorzystywany".

 

Montreal bez Bońka

 

Boniek był próbowany w kolejnych sprawdzianach reprezentacji, ale ostatecznie na igrzyska do Montrealu nie pojechał. Mówi się, że nie został zaakceptowany przez starszych reprezentantów, że już na pierwszym zgrupowaniu młody, ambitny zawodnik miał z nimi na pieńku. Kazimierz Górski po serii porażek w meczach towarzyskich wolał nie ryzykować i zaufał raczej sprawdzonym zawodnikom. Z piątki debiutantów z Chorzowa do Montrealu zabrał jedynie Jana Benigera. Doświadczenie gracze zdołali awansować do finału i wywalczyć srebrny medal. Być może, gdyby bardziej odświeżył skład, byłaby szansa na złoto, ale to już czysto teoretyczne rozważania. Jeden z większych sukcesów polskiej reprezentacji spotkał się wówczas z mieszanymi reakcjami i Górski zrezygnował z funkcji selekcjonera.

 

Boniek nie krył rozczarowania brakiem powołania. Po igrzyskach w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego powiedział: "Pragnę grać w reprezentacji, ale chcę czuć się w niej potrzebny. Wiosną, gdy debiutowałem, tego uczucia mi najbardziej brakowało. Starsi kadrowicze traktowali mnie na zasadzie "jak już jest, to niech sobie trochę pogra... Myślałem, że ktoś ze mną choć raz porozmawia, doda mi otuchy, zapyta, czy są jakieś problemy. Nic z tego, praktycznie pozostawiono mnie samemu sobie, może właśnie dlatego zagrałem słabo z Irlandią. Zagrałem cztery razy w oficjalnych meczach reprezentacji, byłem na zgrupowaniach kadry, lecz ani razu nie rozmawiałem z trenerem Górskim. Ani razu.

 

W tamtym wywiadzie padło jeszcze słynne zdanie o Widzewie:

 

Być może narażę się teraz wielu osobom, ale nie przywiązuję zbyt wielkiego znaczenia do tego "sukcesu". Przecież nawet dziecko wie, że piłka nożna jest ostatnią dyscypliną igrzysk. Świadczy o tym sama obsada turnieju. Od początku liczyły się tylko trzy kraje i one właśnie podzieliły się miejscami na podium. Poza tym jestem głęboko przekonany - i nikt mi nie wmówi, że to rozgoryczenie, czy zbytnie poczucie własnej wartości - że gdyby w Montrealu zamiast reprezentacji zagrał Widzew, też gralibyśmy w finale.

 

Nie było w tym stwierdzeniu wiele przesady. Turniej piłkarski igrzysk w Montrealu stał na mizernym poziomie, a prawdziwa rywalizacja rozpoczęła się dopiero w półfinałach, gdy na placu boju pozostały Polska, ZSRR, NRD i młodzieżowa reprezentacja Brazylii. Selekcjoner Kazimierz Górski tłumaczył, że Boniek jest młody i jeszcze zdąży zagrać na igrzyskach. Piłkarz nie miał jednak później takiej szansy. Wkrótce zmieniono przepisy i w kolejnym turnieju olimpijskim nie mogli występować piłkarze, którzy mieli za sobą grę w eliminacjach i finałach mistrzostw świata.

 

Boniek w kolejnych latach stał się pierwszoplanową postacią reprezentacji, liderem drużyny narodowej, z którą wywalczył trzecie miejsce mistrzostw świata w Hiszpanii. Rozegrał w biało-czerwonych barwach 80 spotkań i zdobył 24 bramki.  Zwolennicy historii alternatywnych przy jego karierze w polskiej kadrze stawiają kilka znaków zapytania: co by było, gdyby pojechał do Montrealu? Co by było, gdyby mógł zagrać w półfinałowym meczu z Włochami na mundialu w 1982 roku? Co by było, gdyby dostał szanse regularnej gry w reprezentacji po mundialu w 1986 roku? Tego nie dowiemy się już nigdy...