Alicja Kosman: Pamiętasz swój pierwszy dzień pracy w Polskim Związku Narciarskim jako trener, a nie zawodnik?

 

Łukasz Kruczek: Nie pamiętam, to była jedna ciągłość. Wcześniej jako zawodnik też odwiedzałem Związek. Dziś wspominaliśmy nawet jak to było, gdy siedziba Związku była na ulicy Bronowickiej, później na Al. Jana Pawła II, a w końcu tutaj na Mieszczańskiej. Pierwszy dzień w Związku jako trener to były od razu rozliczenia. Na początku pracy trenerskiej, szczególnie jako asystent, wizyty w związku wspomina się przede wszystkim jako kontakty z księgowością. Było to dawno temu, bo w czerwcu 2003 roku, czyli prawie 13 lat temu. Jeśli chodzi natomiast o pierwsze dni w kadrze, to nie wszyscy byli dla mnie nowymi ludźmi. Rozpocząłem pracę trenera kontynuując karierę zawodniczą. Skoczkowie, którzy byli u nas wtedy z Kadrze B, Juniorów to byli po części zawodnicy nowi, którzy skakali na innych, mniejszych skoczniach, ale byli też koledzy z kadry. Wtedy w pierwszej grupie byli Wojtek Skupień i Wojtek Tajner, z którymi rywalizowałem na skoczni w jednej grupie wiekowej. Na początku role zawodnika i trenera przenikały się, bo trudno się przestawić na nową rolę. To dwie, całkiem odmienne funkcje i patrzenie na ten sam sport z dwóch różnych stron. Było na pewno ciężko, często zapominało się o tym, że teraz jest się trenerem.

 

Na początku pełniłeś funkcję asystenta trenera głównego, najpierw u Heinza Kuttina, a później u Hannu Lepistoe. Jak wspominasz tę współpracę?

 

To dwie kompletnie różne osoby, nie do porównania. Heinz był wcześniej asystentem Hannu, więc po części obracaliśmy się w gronie tych samych osób, jednak Heinz w momencie gdy przyszedł do nas, to była jego pierwsza praca w charakterze trenera samodzielnego. Wcześniej był asystentem. Bardzo energiczny, z wieloma pomysłami. Zarażał tymi pomysłami. Można powiedzieć, że chciał w pewnym sensie skopiować takie podejście do skoków, jakie miał wcześniej w Austrii i myślę, że dzięki temu pootwierały nam się pewne możliwości realizacji wielu rzeczy, które potem wykorzystaliśmy. To on na początku sam, a po roku gdy doszedł Stefan Horngacher we dwoje pokazali nam na co zwracać uwagę, w którym kierunku iść, które osoby są ważne na świecie, jak to wszystko wygląda. Wcześniej ja w ogóle nie miałem takich doświadczeń, tym bardziej będąc zawodnikiem.

 

Kuttin cię w pewien sposób ukształtował jako trenera?

 

On bardziej pokazał fragment pracy trenerskiej. Praca szkoleniowca, a szczególnie trenera prowadzącego to nie jest tylko trening ze skoczkiem narciarskim. Z czasem bezpośredniego kontaktu z zawodnikiem jest jeszcze mniej, bo dochodzi wiele innych kwestii do ogarnięcia dookoła. To, na co Austriacy: Heinz ze Stefanem zwracali uwagę, to była duża troska o całą organizację, logistykę: na co patrzeć przy organizacji zgrupowań, że to nie tylko skocznia jest ważna, ale co jest wokół niej, że trzeba zwracać uwagę na sprzęt, gdzie go zorganizować, do kogo uderzać, by zdobyć coś lepszego, innego. Natomiast jeśli chodzi o współpracę z Hannu to było coś innego. Nie był człowiekiem, który troszczył się o te elementy. Dla niego to było jasne, że organizacją zajmują się asystenci. On był człowiekiem, takim mentorem, który stał nad wszystkim i tylko wyznaczał kierunki działania.

 

W końcu zostałeś trenerem głównym polskiej kadry i to na ciebie spadł obowiązek decydowania.

 

Nigdy nie było łatwo, ani wcześniej, ani później, w środku kariery czy na końcu. Przez cały czas lata pracy były podobne, bo będąc trenerem głównym reprezentacji Polski w kraju, gdzie tak popularne są skoki, jest się cały czas ocenianym. Cały czas kwestionowany jest status trenera. Zadaniem szkoleniowca jest w pewnym sensie udowadnianie swojej przydatności. Cały czas trzeba się uczyć i nigdy nie jest się nauczonym. Tak jak często powtarzałem, w momencie kiedy trener stwierdzi, że wie wszystko, powinien udać się na emeryturę, bo skoki, szczególnie w dzisiejszym świecie, też galopują trochę jak nowoczesna technologia. Wypadnięcie na chwilę z obiegu powoduje, że można się obudzić w całkiem innym świecie.

 

W kwestii technologii wiele się zmieniło w polskich skokach.

 

Ale cały czas jako kraj jesteśmy na dorobku. Ciągle gonimy. Mieliśmy owszem kilka momentów, kiedy to my byliśmy krajem, który gonili inni, natomiast to jest cały czas wyścig. Będąc z tyłu stawki czuje się tą pogoń, na którą czasem brakuje czasu, bo sezon robi się za krótki.

 

Władze Międzynarodowej Federacji Narciarskiej traktują nasz kraj poważniej?

 

Heinz Kuttin pokazał, że to jest ważne mieć cały czas dobry kontakt z ludźmi, którzy zarządzają całym tym przedsięwzięciem, a także produktem, jakim są skoki narciarskie. Poprzez długoletnią pracę, przez to, że jako kraj odnosimy sukcesy, to wszystkie ścieżki były coraz lepiej przecierane i można powiedzieć, że też od tej strony zostaliśmy zauważeni i w pewnych kwestiach nie powiem, że było łatwiej, ale na pewno nam nie utrudniano.

 

Przez lata pracy w kadrze prowadzeni przez ciebie zawodnicy osiągnęli wiele sukcesów. Czy któryś z nich jest dla ciebie szczególny?

 

Zawsze się wraca do największych sukcesów, bo one odciskają największe piętno na nas - trenerach, zawodnikach i na kibicach także. Igrzyska olimpijskie są na pewno takim szczytem szczytów. To marzenie każdego zawodnika i trenera. A zrobienie tego, co Kamil Stoch w Soczi, to podwójna korona. Zawodników, którzy w taki sposób rozegrali igrzyska, zdobywając podwójny złoty medal jest tylko trzech: Matti Nykaenen, Simon Ammann i Kamil Stoch. Natomiast momentem, który bardzo mocno odcisnął piętno na nas, jest mimo wszystko złoto z Predazzo (w 2013 roku Kamil Stoch wygrał w konkursie indywidualnym na dużej skoczni). To był pierwszy medal, zdobyty zupełnie nieprzypadkowo. W całkowitych laboratoryjnych warunkach Kamil pokazał klasę. Chwilę później był konkurs drużynowy, gdzie był pierwszy medal w drużynie (brązowy, również w Predazzo). Do medali wywalczonych w drużynie podchodzę w sposób szczególny. Dawniej, będąc zawodnikiem, cały czas mówiliśmy o tym i ciągle słyszało się, że stać nas na ten medal, że go chcemy, a to wszystko było gdzieś daleko przed nami. Długo ocieraliśmy się o podium, zajmując jako ekipa piąte, szóste miejsca. Ciągle brakowało jednak tej blachy, która wisi na szyi i to zaczęło się w pewnym sensie od konkursu drużynowego w Villach 9 grudnia 2001 roku, kiedy z Adamem Małyszem, Robertem Mateją i Wojtkiem Skupniem zajęliśmy trzecie miejsce w Pucharze Świata. Potem kolejne miejsca na podium przyszły za czasów Heinza Kuttina i Stefana Horngachera, gdy najpierw chłopcy zdobyli medal mistrzostw świata juniorów, a potem nasi zawodnicy na podium w zawodach Grand Prix. Od tego momentu cały czas drużyna krążyła wokół miejsc medalowych. Zdobyte medale nie są dziełami przypadku, tylko medalami wywalczonymi. Przede wszystkim podstawa do myślenia o medalu w konkursie drużynowym to odpowiednia ilość zawodników na dobrym poziomie. Ci zawodnicy muszą też przewijać się na dobrych lokatach w zawodach Pucharu Świata, by móc stawać na podium. Medal jest na przysłowiowej tacy, jednak trzeba posiadać pewne umiejętności, by go z tej tacy zdjąć. W momencie, gdy dla zawodnika to przypadkowa sytuacja, jest duże ryzyko porażki.

 

W naszym kraju rzadko zdarza się, by trener mógł długo funkcjonować w jednej kadrze czy klubie, a ty byłeś jednym z najdłużej nieprzerwanie pracujących szkoleniowców w niezwykle popularnym sporcie w Polsce.

 

Myślę, że to wszystko można zawdzięczać przede wszystkim Związkowi, który naszą grupę otoczył opieką, zawodnikom, którzy cały czas wierzyli w słuszność obranej linii i przygotowań i cały czas w zaparte szli przed siebie w dobrej atmosferze, która wokół skoków funkcjonuje.

 

Czy obejmując stanowisko trenera zakładałeś, że spędzisz w PZN tak wiele lat?

 

W chwili, gdy ktoś decyduje się na bycie trenerem, to od tego dnia odlicza czas do momentu szukania nowej pracy. Niezależnie od tego, jakie sukcesy by trener zdobywał w danej dyscyplinie, gdzieś jest zawsze koniec. W momencie rozpoczęcia pracy wiedziałem, że ten koniec kiedyś nastąpi. Natomiast nastąpił on dość późno, ale powiem, że i tak ten czas bardzo przeleciał. Bardzo szybko.

 

Sam wybrałeś moment zakończenia pracy w PZN?

 

Artykuł Roberta Błońskiego ukazał się już po mojej decyzji. On jedynie przyspieszył lub spowodował pewien rozwój późniejszych wypadków. Natomiast decyzja została podjęta dużo wcześniej. Myślę, że dobrze jest móc wybrać, a nie zostać zmuszonym do wybrania. Poczułem, że to jest dość. Że to dobry moment dla mnie, a z drugiej strony dobry dla grupy. Myślę, że nie byłoby wielkiego problemu pracować dalej, natomiast chcąc ruszyć do przodu całą grupę zawodników i mając w perspektywie to, w jakich schematach pracujemy w Polsce – czyli od igrzysk do igrzysk, to są najważniejsze imprezy i to nie podlega wątpliwości, zostawianie komu innemu jednego roku do pracy to dużo za mało. Może się udać, ale to takie „50 na 50”. Natomiast dwa lata pracy pozwalają na wprowadzenie czegoś nowego i w kolejnym roku udoskonalenie tego, by osiągnąć sukces na igrzyskach. Myślę, że dwa lata to takie absolutne minimum dla trenera, by zrobić coś dobrego i dlatego stwierdziłem, że albo decyduję się na to teraz, albo dopiero po igrzyskach.

 

Bardzo ci zależy na polskich skokach.

 

Tak, zależy mi na zespole. Z zawodnikami, sztabem, wszystkimi pracującymi po obu stronach przysłowiowej barykady czuję się związany i w żaden sposób nie chcę ucinać, że odchodzę i mnie nie ma. Jestem cały czas. Jeśli ktoś ma sprawę, to może do mnie w każdej chwili zadzwonić. Cały czas zakładam, że będziemy się ciągle spotykać. Nie palę mostów za sobą.

 

Czy już wiesz, co będziesz robić dalej?

 

Wszystko będzie się klarowało w ciągu najbliższych dwóch tygodni. W tej chwili stoję trochę na rozdrożu. Czy pójść w kierunku kontynuacji rozwoju trenerskiego, trenując, będąc na pozycji podobnej jak teraz, czy też pozostać przy sporcie, ale z nieco innej strony? Patrząc na przepływ informacji, to nawet pewnie nie będę musiał o niczym informować, bo wszyscy szybko się dowiedzą. Maksymalnie do dwóch tygodni podejmę decyzję.

 

Dostałeś też jakąś ofertę współpracy z PZN?

 

Dostałem, ale na tę chwilę nie planuję z niej skorzystać. Myślę, że jest czas ku temu, aby trochę się odsunąć, popatrzeć na to z boku. Być może coś nowego się dostrzeże. Bez wątpienia obojętnie w którym kierunku podążę, zyskam nowe doświadczenia.

 

Chyba lubisz wyzwania?

 

Lubię wyzwania, bo twierdzę, że stanie w miejscu bez wyzwań jest trochę nudne. Choćby to, że w 2008 roku podjąłem takie wyzwanie jak objęcie posady trenera głównego kadry, to świadczy o tym, że lubię.

 

Jesteś w kontakcie z nowym trenerem kadry – Stefanem Horngacherem? Przygotowywałeś go do nowej roli?

 

Nie przygotowywałem go zbyt wiele, on się musi sam przygotować. Owszem, rozmawiałem z nim. Cały czas mieliśmy kontakt, bo można powiedzieć, że odkąd w 2004 roku przyszedł do pracy w Polsce z krótką przerwą, gdy pracował jako trener w Hinterzarten, gdy nie było go widać na skoczniach, to cały czas mieliśmy kontakt. Środowisko trenerskie na całym świecie jest dość wąskie i znamy się dość dobrze. To też człowiek, który lubi podejmować wyzwania, jest bardzo ambitny. Ma bardzo duże pojęcie, jeśli chodzi o kwestie sprzętowe. To poniekąd taki element układanki, który często u nas zawodził, którego nam brakowało, a on w tym temacie jest naprawdę dobrym fachowcem. Na pewno będzie potrzebował dużo pomocy ze strony polskich trenerów, bo jeśli tutaj nie będzie dobrej komunikacji, wspólnej linii, takiej jak myśmy swego czasu mieli i pracowali razem w jednym kierunku, to będzie to skazane na niepowodzenie. Natomiast jeśli zarazi swoją wizją pozostałych, to ma to bardzo duże szanse na powodzenie. Reprezentacja Polski to nie jest dla niego eksperyment, myślę że to jest świadome działanie. Z mojej strony dostanie wszystkie dane o zawodnikach, które udało mi się zgromadzić przez te wszystkie lata, bo to też jest dla niego mniejsza strata czasu na rozpoznawanie. Chodzi o pewne dane mierzalne. Nie chcę z nim omawiać charakterystyk zawodnika, bo lepiej jak je sobie na świeżo pozna, natomiast kwestie testów, analiz, to wszystko dostanie i będzie miał o tyle krótszą drogę do przebycia.

 

Miał już jakieś pytania?

 

On zna i obserwuje skoczków. To nie jest tak, że polscy skoczkowie są zawodnikami anonimowymi. To sportowcy dość dobrze znani na świecie, po których trenerzy i delegaci wiedzą, czego się można spodziewać. Widziałem, że rozmawiał z niektórymi zawodnikami, więc myślę, że jest dość dobrze zorientowany. Ale tak jak każdy trener przychodzący z zewnątrz, wiele pracy przed nim, wiele rozmów i myślę, że też wiele nowych rzeczy do odkrycia.

 

I wielu dziennikarzy do spotkania na swojej drodze.

 

W momencie, gdy ogłoszona została decyzja o wyborze Stefana na trenera kadry, posłałem mu krótką wiadomość z oficjalnymi gratulacjami. Krótko odpisał: „Tak coś czuję, bo mi się telefon rozładował”. Myślę, że kontakt z przedstawicielami mediów to jest coś, czego nie miał do tej pory, bo tę rolę w niemieckiej grupie miał Werner Schuster, on to wszystko brał na siebie. To rzecz nowa, dość specyficzna jeśli chodzi o Polskę.

 

Masz jakąś radę dla Stefana Horngachera?

 

Mam, ale zachowam ją bezpośrednio dla niego i nie chciałbym tego upubliczniać. Myślę, że doskonale da sobie radę w Polsce.