Zawody otwierające cykl indywidualnych mistrzostw świata nie były porywającym widowiskiem. Na palcach jednej ręki można policzyć akcje, które podniosły poziom adrenaliny wśród fanów. Długi tor, na którym przed laty brylował profesor Hans Nielsen, nie sprzyjał fascynującym manewrom. Start i sprytne rozegranie pierwszego wirażu były kluczem do sukcesu. Czasami zdarzały się wyłomy jak choćby magiczne i szalone wejście Petera Kildemanda pomiędzy Fredrika Lindgrena i Andreasa Jonssona w dziewiątym wyścigu czy godny podziwu pościg Chrisa Holdera za Bartoszem Zmarzlikiem i Piotrem Pawlickim w trzynastym wyścigu. Krsko to urocze miasteczko zanurzone w dolinie, idealne miejsce na weekendowy wypad rodzinny, ale nie jest to tor żużlowy  wzbudzający eklektyczne emocje jak niegdysiejszy Odsal Stadium w Bradford. Szybki silnik jest w Krsko na wagę złota. Po półfinałach wydawało się, że Słowenia pokłoni się historycznym osiągnięciom Australijczyków i główną nagrodę Słowenii zgarnie jeden z kangurów: Doyley lub Holder, ale dwóch rozpędzonych ludzi z Down Under powstrzymał kipiący energią Duńczyk.

Obolałe żebra

Peter bawił się za brzdąca gokartami, bo tata miał wielu kumpli fascynujących się Formułą 1. Spontaniczność i impulsywność Kildemanda bardziej ukierunkowały go w stronę surowych, niemalże dzikich emocji, a więc na szykanie La Roggia na Monzy skręcił w żużlowy łuk. Kildemand wiernie słucha rad Rossitera, łączy go sentyment z trudnym do okiełznania menedżerem Swindon Robins i zwyczajna ludzka serdeczność. Jego mechanik, Krzysztof Nyga, rodowity częstochowianin ceni sobie jedną cechę Duńczyka: cisza i spokój w martwym sezonie. Peter nie nakłuwa swojego teamu tysiącem rozważań o dyszach, przełożeniach, treningu mentalnym i tunerach. Kildemand pozwala odpocząć mechanikom od nieustawicznego myślenia o speedwayu. Obecność Jacoba Olsena, byłego zawodnika Coventry Bees i Wolverhampton Wolves, w teamie Pająka wiele wyjaśnia. Peter nie jest typem naburmuszonego człowieka. Posiada dar słuchania, nie pozjadał wszystkich rozumów, wie gdzie przyłożyć ucho. Był w złotej duńskiej drużynie juniorów, która w Rye House sięgnęła po drużynowe mistrzostwo świata w 2010 roku. Nie zachłysnął się złotym krążkiem, ale dalej ciężko pracował na swą markę. Jego widowiskowy styl jazdy i filozofia oparta na wzorcu: never say die attitude (nigdy nie umieraj) doprowadziły go do światowej elity. 19 kwietnia solidnie poobijał żebra na torze w duńskim Esbjerg. Lekarze stwierdzili, że skala obrażeń jakim uległ Peter jest na tyle rozległa, że Duńczyk powinien odpoczywać od żużla przez miesiąc! 11 dni później Kildemand wygrał GP Słowenii. „Cieszę się i raduję tym sukcesem. Przed sezonem założyłem sobie, że będę trzecim zawodnikiem globu. Bardzo chciałbym zakończyć sezon na podium. Bywały noce kiedy zwijałem się z bólu. Na szczęście na torze w Krsko zapomniałem o kontuzji. To wyjątkowe uczucie: jestem liderem klasyfikacji mistrzostw świata. Zmierzamy z teamem w dobrym kierunku” – wyznał Peter Kildemand.  

Odwaga, szaleństwo i spontaniczne reakcje oraz zapatrzenie w Hansa Nielsena zaowocowały drugim triumfem w cyklu GP. Kildemand zna to boskie uczucie, bo w sierpniu ubiegłego roku wygrał Grand Prix na układanym torze w Horsens. Zważywszy na to jak dobrze Pająk czuł się na ulepionym torze w Melbourne czy Kopenhadze, należy zakładać, że Kildemand będzie piekielnie groźny na PGE Narodowym w Warszawie podczas drugiej rundy Speedway Grand Prix. A trzecią rundę zaplanowano na 11 czerwca w szczęśliwym dla Petera Horsens…

Odrodzenie Doyle’a

Po dwóch seriach startów Australijczyk Jason Doyle chciał zamknąć się w swoim busie i gorzko zapłakać. Speedway to oscylowanie na granicy bólu i rozkoszy. Jeden punkt po ośmiu wyścigach GP Słowenii i nikłe szanse na awans do półfinału. Piąty żużlowiec świata zmienił motocykl, wstąpiły w niego nowe siły, w dziesiątym wyścigu pokonał Zmarzlika, Janowskiego i Lindbaecka i uwierzył w siebie. Doyley zapomniał o karambolu na Etihad Stadium, nie startował w indywidualnych mistrzostw Australii, wypoczął i prezentuje się solidnie u progu sezonu.

Chris Holder, mistrz świata z 2012 roku, nosi w sobie setki ton motywacji. Mógłby unieść na barkach masyw Cradle Mountains łącznie z górą Uluru. Jest świetnie przygotowany do walki o mistrzostwo świata. Umotywował go Darcy Ward. W dużej mierze Chris ściga się w tym sezonie dla swojego przyjaciela, którego los tak okrutnie potraktował. W czwartym wyścigu Holder był klasą dla siebie. Przywiózł za plecami Lindbaecka, Hancocka i Lindgrena. Przydarzyła mu się tylko jedna wpadka w jedenastym wyścigu, ale któż się nie myli? Nawet mistrz świata, Tai Woffinden, przeżywa chwile słabości. Holder pokazał lwi pazur w trzynastym wyścigu, kiedy rzucił się w szaleńczą pogoń za Zmarzlikiem i Pawlickim. W finale, choć wybrał najbardziej wewnętrzne pole, musiał ostro rywalizować bark w bark z Jasonem Doylem. Doyley okazał się lepszy. Wygrana nad Holderem w Krsko to wielki wyczyn, bo Australijczyk dysponował szybkim sprzętem. Maciej Janowski może czuć się ukontentowany, bo w dwudziestym biegu umiejętnie odpierał szarże Holdera, choć na dystansie maszyna kangura była piorunująca.

Holder raduje się, bo zaczął sezon z wysokiego C, a w Warszawie nie zamierza zwalniać tempa. Pod warunkiem, że tor będzie wyglądał trochę lepiej niż na australijskich wertepach w Undera Park…

Polski sędzia

Artur Kuśmierz to wyjątkowy człowiek. Zimą, gdy w warsztacie mechanicy składają żużlowe rumaki, Artur wertuje anglojęzyczne portale o tematyce speedwaya i wyszukuje ciekawych pozycji literackich. Za własne pieniądze kupił sobie rewelacyjne wydanie Speedway Starchive o mistrzach świata z lat 70-tych. Czytał stronice z wypiekami na twarzy. Wiecznie głodny wiedzy. Nie tylko żużlowej. Pozytywna postać. Prowadził zawody w Krsko niezwykle skrupulatnie. W dwunastym biegu nie zawahał się wykluczyć Mateja Zagara za faul na Nickim Pedersenie. To był trudny moment podczas GP Słowenii, a częstochowski arbiter wykazał się przytomnością umysłu i dojrzałością. Brawo, pod Jasną Górą mogą być dumni z poziomu jaki zademonstrował Artur. Wreszcie Polska może poszczycić się sędzią, który bardzo sprawnie komunikuje się w języku angielskim, ma wyobraźnię i czuje speedway.

Maciej Janowski zdobył 10 oczek, był najskuteczniejszym z Polaków i zachwycał tym, czego nauczył się na brytyjskich torach. Refleks i znakomita jazda przy kredzie. Wrocławianin już w drugim wyścigu zawodów przywiózł za plecami mistrza świata Taia Woffindena, a w piętnastym biegu pokonał szybkiego, bo poruszającego się dzięki szwajcarskiej mocy Marcela Gerharda Freddie Lindgrena i trzykrotnego mistrza świata Nickiego Pedersena. Magic nie był najszybszy pod taśmą w pierwszym półfinale i mimo ambitnej postawy nie dogonił Kildemanda, Doyle’a i Pedersena. Jednak występ na torze w Krsko należy zapisać po stronie zysków.

Adam Skórnicki i papa Piotr Pawlicki senior pomagali mistrzowi świata juniorów z 2014 roku. Piotr znakomicie rozpoczął turniej, pokazał się z dobrej strony i kto wie czy nie sprawiłby niespodzianki, gdyby nie feralne dotknięcie tasmy w dziewiątym wyścigu. Osiem oczek to solidny zastrzyk optymizmu dla Piotra Pawlickiego.
Bartosz Zmarzlik… Fenomenalny chłopak, który chce umiejętnie ustawiać obozy zanim nastąpi atak szczytowy na Czogori… Jeden maleńki błąd popełniony przez szczecinianina na łuku w trzynastym wyścigu, genialne wyjście z opresji i dotyk bandy – sporo jak na debiut na dużym ekranie. Osiem punktów dobrze wróży przed zawodami w Warszawie. Przed rokiem Bartosz chodził w stolicy Polski jak Lance King podczas debiutu w Cradley Heath…

Denis Stojs może odetchnąć z ulgą. Światła zgasły, szmer mis martwicowych w cudnych jaskiniach wprawiał zmysły w stan rozkoszy, a Denis myślał o tym jak cudnie jest strzyc trawę. Nie wimbledońską, tylko zwyczajną trawę rosnącą na boisku w Krsko. Na co dzień Denis Stojs opiekuje się murawą i torem w Krsko. Słońce świeci, a Denis rosi trawę, wyrównuje jej grzywkę, rozmawia z ptactwem, spogląda na beczkę wina, odpala traktor. Żyć nie umierać. Wsi spokojna, wsi wesoła. A raz do roku ma szansę pościgać się z najlepszymi na świecie i co roku udaje mu się zdobyć punkt w stawce Grand Prix. I jak tu nie kochać Krsko, skoro zjawiska nadprzyrodzone są wpisane w ten wyjątkowy skrawek ziemi…