Łukasz Kadziewicz: W jakim języku chciałbyś się przywitać? Po chińsku, francusku...?

 

Zbigniew Bartman: Tylko po polsku!

 

Gdzie czułeś się najlepiej?

 

Każdy z tych krajów miał swoje zalety i wady. Nie można ich porównywać. W każdym z tych miejsc było więcej plusów...

 

Gdybyś mógł cofnąć czas, również zdecydowałbyś się na wyprawę do Chin?

 

Tak. Zdecydowanie tak. Sześć miesięcy w Chinach pozwoliło mi dobrze poznać ten kraj. Złapałem tam zupełnie inną perspektywę na życie i wróciłem jako inny człowiek.

 

Wyjechałeś z jakimś obrazem Chin, pewnie dzwoniłeś do ludzi, którzy tam byli. Wróciłeś z takim nastawieniem, jak wyjeżdżałeś? Byłeś przygotowany na to, co tam zastałeś?

 

Nie. Myślę, że nie jesteś w stanie się na to przygotować. Dla nas Europejczyków Chiny to zupełnie inny świat. Nie mówię, że zły, że gorszy... Po prostu inny. W tym kraju mieszka miliard czterysta milionów mieszkańców i to widać na każdym kroku. Morze ludzi płynie ulicami. Z tym też się wiąże całe życie w Chinach...Chengdu, w którym ja byłem, jest miastem średniej wielkości jak na Chiny, a cała aglomeracja ma 15 milionów mieszkańców.

 

Jakie tam miałeś warunki do życia?

 

Klub zapewnił mi super warunki. Mieszkanie na bardzo dobrym poziomie, zdecydowanie za duże. Fajnie to było zorganizowane, ponieważ mieszkaliśmy z Michałem Łasko w tym samym budynku. Klub był bardzo dyspozycyjny, bardzo się starali załatwiać wszystkie nasze prośby. Mogę się więc wypowiadać o nich w samych superlatywach.

 

Chińscy koledzy to fajni ludzie? Złapaliście kontakt?

 

To jest bardzo ciekawe, jak oni funkcjonują... Oni już w bardzo młodym wieku podpisują wieloletnie kontrakty, na 10-15 lat. Nie ma, tak jak u nas w Europie, częstych zmian klubowych. Tam jak zaczynasz karierę w jednym klubie, to w tym samym klubie ją kończysz. Zdarzają się wypożyczenia, po to by zawodnicy ograli się w innym klubie.

 

Chińczycy imprezują po wygranych meczach, tak jak to bywa w Europie?

 

Nie aż w takiej mierze. Wydaje mi się, zę ilości alkoholu, które są w stanie spożyć są zupełnie inne, niż w Rosji, czy innych częściach Europy, w których miałem okazję grać. Ale są to z pewnością ciekawi ludzie, którzy przy bliższym poznaniu są gotowi oddać ci serce na dłoni...

 

Dobrze grałeś?

 

Jestem bardzo zadowolony z tego sezonu. Podjąłem współpracę z prywatnym trenerem od przygotowania fizycznego Włodzimierzem Michalskim, który wcześniej prowadził lekkoatletów. Jestem tą współpracą zachwycony i myślę, że miałem najlepszy sezon jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, a myślę, że i sportowo również.

 

Francja?

 

Sezon w Chinach kończył się w lutym. Nie mogłem nic nie robić do września, bo wtedy zacząłbym kolejny sezon w tragicznej formie. Stade Poitiers polecił mi Guillaume Samica, bo jego przyjaciel był tam trenerem. Ta drużyna była beniaminkiem w tym sezonie, chcieli się utrzymać i awansować do fazy play-off. Ja nigdy wcześniej we Francji nie grałem, to była jedna z tych czołowych lig, której mi brakowało w CV. Pojechałem i byłem trochę zaszokowany. In minus. Po pobycie w Azji wróciliśmy z żoną do Europy, ale szybko zatęskniliśmy za  Chinami... Byłem zaszokowany tym, jak wygląda organizacja klubu i organizacja samej ligi. Wyjazdy na mecz po osiem godzin w siedmioosobowym minibusie... Wydawało mi się, że te czasy już dawno minęły. Posiłki w McDonaldzie po meczu były luksusem, bo zdarzało się, że jedliśmy kanapki na stacji benzynowej...

 

Cała rozmowa Łukasza Kadziewicza ze Zbigniewem Bartmanem w załączonym materiale wideo.