Rewanżowy mecz z Trenczynem nie był spektaklem, który można by śledzić z wypiekami na twarzy. Nie było też takim pierwsze spotkanie tych drużyn wygrane przez mistrzów Polski w minimalny sposób. Było za to wiele nerwów, niepokoju i szczęścia, bo koniec końców to Słowacy stworzyli najgroźniejszą akcję w środowym rewanżu.

 

Nazajutrz w mediach, zwłaszcza internetowych, radości nie było. Rozpętała się za to dyskusja pod hasłem „z czym do ludzi”. Czy Legię rzeczywiście stać na wyeliminowanie kogoś z grona: Dinamo Zagrzeb, Ludogorec Razgrad, FC Kopenhaga, Hapoel Beer Szewa i Dundalk FC, mimo że potencjalnie mistrz Polski lepszy jest od połowy tych klubów. Nie brakowało i takich opinii, z których wybierz miewało, że może lepiej nie startować niż się kompromitować.

 

Mnie też oba spotkania nie porwały, od mistrza kraju z tak solidnymi fundamentami finansowymi oraz sportowymi należy wymagać zdecydowanie więcej. Z drugiej jednak strony spoglądam na Legię jak na ambasadora polskiego futbolu klubowego. Jeśli Legia zagrała według kibiców tak źle, że w kolejnej rundzie nie ma żadnych szans, to jak – zabawmy się w zupełnie bezsensowne w sporcie „gdybanie” – zaprezentowaliby się pozostali? Zresztą próbkę tego, jak mogłoby to wyglądać oglądamy rok w rok przy okazji kompromitujących występów niektórych polskich zespołów w eliminacjach do Ligi Europy.

 

Legia to nie Bayern, choć zachowując proporcje takim właśnie polskim Bayernem jest. Zyski z kolejnego awansu do fazy grupowej przekraczają 20 mln zł. Dla gigantów europejskiej piłki to być może kwota „na waciki”, dla najsolidniejszego polskiego klubu to jednak poważna część rocznego budżetu. Nie przypuszczam, by tego rodzaju myślenie nie dotknęło także piłkarze. Choćby ich odcinać od tego typu dywagacji, zawsze na końcu i oni wyjdą na boisko z myślą: „jeśli awansujemy, będzie dobrze; nie awansujemy, nie będzie dobrze”. Tak jak klubowym działaczom, którzy nerwowo podskakiwali w środę po każdej akcji rywala, tak i samym piłkarzom mogą się plątać nogi w obliczu poważanego finansowo wyzwania.

 

Po środowej potyczce z Trenczynem przeważały rady, by Legia zagrała va banque. Że skoro zarobiła na pucharach już tyle, to właśnie tyle powinna zainwestować w transfery. Wiem coś o tym, staram się patrzeć na sport kompleksowo, nie tylko przez pryzmat wyniku, ale także jego struktur. Lekką ręką pieniądze wydaje się w wirtualnych menedżerach, gdzie błędna decyzja skutkuje co najwyżej restartem i rozpoczęciem gry od początku. W realu wolę klub zarządzany rozsądnie, który każdy grosz ogląda, a nie nim szasta. Wolę też klub, który rozwija się według biznesowych prawideł, niż brnie w transfery bez opamiętania i jakiejkolwiek spójnej myśli, a później zbiera z tego zgniłe owoce przez lata. Tak, myślę o Wiśle z Krakowa, która za holenderskiego duetu Valckx/Maaskant zdrenowała budżet bez sukcesu sportowego, co pod Wawelem  odbija się czkawką po dziś dzień.

 

Szczerze? Lubię dobry futbol, pasjonują mnie mecze, w których widać wirtuozerię. Pogodziłem się jednak, że takie u nas w kraju będą incydentem, nie normą. Zatem stojąc przed wyborem piękna gra i porażka lub kopanina i skuteczność, zdecydowanie stawiam na to drugie.