Adrian Janiuk: Po niespełna roku zakończył Pan pracę w Lechu Poznań. Jest rozczarowanie?

 

Jan Urban: Jestem bardzo rozczarowany i nie kryję się z tym. Uważam, że zarząd Lecha zbyt pochopnie dokonał zmiany na stanowisku trenera. Wraz z moim sztabem udowodniłem, że potrafimy radzić sobie w trudnych, kryzysowych sytuacjach. W momencie, gdy przejmowałem poznański zespół sytuacja była jeszcze trudniejsza. Wówczas wyciągnęliśmy drużynę z dołka i odbiliśmy się od samego dna. Jestem przekonany, że teraz byłoby tak samo. Wyszlibyśmy z kryzysu obronną ręką. Nie straciłbym głowy, ponieważ jestem doświadczonym szkoleniowcem, który wie jak ma się zachować w ciężkich chwilach. W przerwie na reprezentacyjne mecze mielibyśmy czas, żeby spokojnie popracować i myślę, że byłoby zdecydowanie lepiej. Niestety nie będzie mi dane przekonać się o tym.

 

Mimo nie najlepszych wyników cały czas zachowywał Pan spokój. Było zapewnienie ze strony władz, że mimo wszystko cały czas widzą Pana na stanowisku?

 

Już praktycznie po czwartej kolejce, czyli po meczu z Koroną w Kielcach (porażka 1:4 – przyp. red.) czułem, że może dojść do takiej sytuacji. Chociaż z drugiej strony miałem nadzieję, że władze "Kolejorza" nie będą działać pod wpływem impulsu. Nie chcieli dłużej czekać na konkretne wyniki, choć moim zdaniem były one kwestią czasu. Została podjęta decyzja niekorzystna  dla mnie, na którą nie miałem żadnego wpływu. Zdaję sobie sprawę, że przed rokiem świeżo po zdobyciu mistrzostwa Lech wpadł w poważne tarapaty. Jednak każdy sezon jest inny, a początek w naszym wykonaniu aż tak tragiczny na pewno nie był.

 

Ubytki kadrowe w dużej mierze zdecydowały, że Lech tak niemrawo rozpoczął sezon?

 

Faktem jest, że przed sezonem było mnóstwo roszad w składzie. Przyszli tacy zawodnicy jak chociażby Radek Majewski, Maciek Makuszewski, czy Lasse Nielsen. Odszedł przede wszystkim Karol Linetty. Logiczne jest, że nowi gracze potrzebują czasu. Kadra Lecha została wzmocniona przed sezonem i można debatować, czy jest mocniejsza w stosunku do tej z poprzedniego sezonu. Jednak ja twierdzę, że gdybym teraz dysponował dokładnie tą kadrą, jak wtedy, gdy przychodziłem do Lecha to nie rozmawialibyśmy o moim zwolnieniu. Mam na myśli, że pewnych zawodników nie da się zastąpić z dnia na dzień. Zapłaciliśmy wysoką cenę w postaci przegranych spotkań. Z kolei ja przepłaciłem m.in. roszady kadrowe posadą.

 

Strata, którego z piłkarzy okazała się najkosztowniejsza?

 

Zimą odszedł Kasper Hamalainen oraz Barry Douglas. Do tego Szymon Pawłowski wypadł z gry przez kontuzje. Przed nowym sezonem pożegnaliśmy wspomnianego Karola Linettego oraz Marcina Kamińskiego, czyli absolutny trzon drużyny. Trudno jest wskazać jednego zawodnika, bo każdy na swój sposób był liderem zespołu na poszczególnych pozycjach. Urazy wykluczyły również Nickiego Bille Nielsena, Marcina Robaka, a także Dawida Kownackiego. Tych graczy nie było łatwo zastąpić. Wierzyłem, że ubiegły sezon zakończymy na podium i powalczymy o grę w europejskich pucharach. Jednak nie mogłem przewidzieć aż tylu kontuzji, które sprawiły, że nasza sytuacja w lidze mocno się wtedy skomplikowała.

 

Z Legią Warszawa w przeszłości również rozstał się Pan dość nieoczekiwanie, ale po pewnym czasie nadarzyła się okazja wrócić na Łazienkowską. Liczy Pan na podobny scenariusz w przypadku "Kolejorza"?

 

Życzę wszystkim osobom związanym z Lechem powodzenia w dalszej pracy. Jest to wspaniałe miejsce, żeby realizować się w roli szkoleniowca. Owszem, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane pracować przy Bułgarskiej. Życzę sobie, żeby analogiczna sytuacja miała miejsce również w przypadku "Kolejorza". Po pierwszej przygodzie w Legii wróciłem do stolicy, żeby zdobyć dublet. Podsumowując powiem tylko, że nie dokończyłem swojej pracy w Poznaniu. Liczę, że w przyszłości będę mógł dokończyć mój projekt. W tym zespole tkwi niesamowicie duży potencjał.

 

Jaki był najmilszy moment, który zapamiętał Pan z pracy w Lechu?

 

Zwycięstwo nad AC Fiorentiną w Lidze Europy i to na jej terenie. Zdobycie Superpucharu Polski w meczu z Legią na Łazienkowskiej. Do tego zwycięski debiut w stolicy również w meczu z Legią. Przez niecały rok kilka przyjemnych momentów się uzbierało.

 

Co rozpatruje Pan w kategorii największego sukcesu podczas trwania Pana kadencji w klubie z Bułgarskiej? 

 

I tu zaskoczę wszystkich. Największym sukcesem było wprowadzenie młodych zawodników do dorosłej drużyny. Kamil Jóźwiak, Robert Gumny czy Jan Bednarek dostali prawdziwą szansę w pierwszym zespole. Ci młodzi obrońcy za mojej kadencji zebrali bezcenne doświadczenie i to jest w ich przypadku ogromna inwestycja na przyszłość. Na tak krótki okres mojej pracy w klubie ze stolicy Wielkopolski odbieram to za największy pozytyw.

 

Ostatni mecz Lecha pod Pana wodzą udowodnił, że trener Urban, jak to mawiał Franciszek Smuda "ma nosa" do piłkarzy. Zwycięstwo w spotkaniu z Piastem "Kolejorzowi" dali gracze rezerwowi.

 

A w nagrodę zostałem zwolniony (śmiech). Mówiąc całkiem serio ostatnio zawodnicy wchodzący wnosili w szeregi Lecha dużo pozytywów. W potyczce z wicemistrzem Polski gra tak się układała, że podmęczonego rywala w końcówce pokonali Darek Formella oraz Maciek Gajos. Rezerwowi dali zespołowi coś ekstra, czyli coś czego od nich oczekiwałem. Takie wejścia budują cały zespół, a także sprawiają, że gracze, którzy rozpoczynają mecz na ławce czują się potrzebni. W Lechu ta tendencja była zdecydowanie na plus. Chociażby w meczu z Legią o Superpuchar Polski. Formella po wejściu z ławki dwukrotnie w samej końcówce wpisał się na listę strzelców. Marcin Robak wszedł na boisko jako rezerwowy i zapewnił trzy punkty w starciu z Cracovią.

 

Patrząc już na chłodno z zupełnie innej perspektywy, na co Pana zdaniem stać Lecha w tym sezonie?

 

W polskiej lidze jest bardzo trudno realnie ocenić potencjał większości drużyny. Wszyscy chcą po 30. kolejkach być w pierwszej ósemce. Lech mimo, że został osłabiony przed sezonem musi uplasować się w górnej części tabeli. Co będzie dalej? Czas pokaże.