Adrian Janiuk: Jak wygląda Pana sytuacja zdrowotna? Kiedy Jagiellonia Białystok odzyska swojego lidera?

 

Konstantin Vassiljev: Niestety w najbliższym meczu z Piastem Gliwice nie będę mógł jeszcze wystąpić. Jest szansa, że będę przygotowany do gry za około 10 dni. Wszyscy w klubie zdajemy sobie sprawę, że nie ma po co ryzykować mojego zdrowia zbyt szybkim powrotem. Wierzę, że wrócę na pierwszy mecz rundy finałowej, ale jeżeli będzie wskazana dłuższa przerwa to z pewnością dostosuje się do wskazówek lekarzy.

 

Nie rwie się Pan do gry? Sezon wkroczył w decydującą fazę, a Pana omijają te najważniejsze mecze.

 

Jasne, że palę się do wyjścia na boisko. Jednak jestem doświadczonym zawodnikiem i wiem, że zbyt szybki powrót może mi zaszkodzić. Jeżeli uraz odnowi się, a wciąż istnieje takie ryzyko, będzie to wówczas oznaczało dla mnie definitywny koniec sezonu.

 

Treningi indywidualne nie są dla piłkarza czymś naturalnym i normalnym. Jak odnalazł się Pan w takiej rzeczywistości?

 

Właśnie nie do końca musiałem się z tym zmierzyć, bo nie zawsze trenuje indywidualnie. Zdarza się, że biorę udział w zajęciach z drużyną. Staram się patrzeć, choć trochę pozytywnie na tę sytuacje. Nie chodzę przygnębiony, ponieważ do niczego to nie prowadzi. Cały czas jestem dobrej myśli. Wierzę, że niedługo pomogę kolegom na boisku.

 

Istnieje jeszcze szansa, że podpisze Pan nowy kontrakt z Jagiellonią i zostanie w Białymstoku na kolejne sezony?

 

Jestem zdania, że jest taka możliwość tylko musimy wrócić do negocjacji. W tym momencie nie są prowadzone żadne rozmowy między mną, a klubem. Jestem szczęśliwy grając dla „Jagi”. Twierdzę, że wciąż są szansę na pozostanie w Białymstoku. Kto wie, może uda osiągnąć się nam porozumienie, ale w tej chwili nie to jest najważniejsze. Chcę wrócić do zdrowia i pomóc drużynie w decydujących momentach sezonu.

 

„Jaga” będzie mistrzem Polski?

 

Fakt, że jesteśmy liderem po 29. kolejkach uprawnia nas do takiego myślenia. Zdajemy sobie sprawę, że trzy pozostałe drużyny z pierwszej „czwórki” mają ten sam cel. Straty punktowe są niewielkie, a podział punktów sprawia, że nawet piąta w tej chwili Wisła Kraków może za chwilę doskoczyć do walki o tytuł. Wiemy, że nie jesteśmy głównym kandydatem do mistrzostwa, ponieważ pozostałe kluby mają więcej atutów zarówno piłkarskich, jak i finansowych. Wierzę, że wygramy ostatni mecz przed podziałem punktów. Potem czekać nas będzie siedem finałów. Po meczu z Piastem wszystko w zasadzie zaczynie się od nowa.

 

Jest żal, że ominie Pana mecz z byłym klubem na jego terenie?

 

Troszeczkę jest mi żal, że nie będę mógł przypomnieć się gliwickiej publiczności. Z pewnością mam sentyment do Piasta. Nadal grają tam moi koledzy, z którymi chętnie bym się spotkał. 

 

Skąd wziął się pomysł na grę w Polsce? W jakich okolicznościach trafił Pan do Piasta Gliwice?

 

Grając w Amkarze Perm miałem okazje zebrać opinie na temat waszego kraju od Janka Gola czy Kuby Wawrzyniaka. Również moi rodacy wiele dobrego mówili mi na temat Polski. Przed transferem odbyłem długą rozmowę z Sergeiem Pareiko, który zachwalał swoją przygodę w Wiśle Kraków. Jednak decydującym człowiekiem przy moim transferze był Zdzisław Kręcina. To on przekonał mnie do oferty Piasta Gliwice. Dlatego śmiało mogę powiedzieć, że to właśnie Pan Kręcina stoi za moją przeprowadzką do kraju znad Wisły.

 

Jagiellonia to dla Pana najpiękniejsza zagraniczna przygoda w karierze?

 

Do momentu kontuzji z pewnością tak (śmiech). Wciąż mam nadzieję, że ta przygoda jeszcze potrwa. Ten sezon jest wyjątkowy nie tylko dla mnie. Cała drużyna zdaje sobie sprawę, że mamy szansę dokonać czegoś wyjątkowego. Taka okazja nie zdarza się często, dlatego marzę o szybkim powrocie do gry.

 

Żałuje Pan, że nigdy nie trafił do zachodniego klubu? Z ligi estońskiej przeniósł się Pan do Słowenii, a następnie do Rosji. Polska Ekstraklasa jest Pana trzecim zagranicznym kierunkiem, ale czy pewien niedosyt pozostaje?

 

W ten sposób na to nie patrzę. Nie mogę jednoznacznie stwierdzić czy żałuję. Moja kariera tak się ułożyła, że nie było mi dane wyjechać na zachód. Wszędzie, gdzie grałem starałem się być jak najlepszym, żeby w przyszłości móc wrócić do tego miejsca i spojrzeć ludziom w oczy. Od dziecka chciałem zawodowo grać w piłkę i najważniejsze, że udało się to zrealizować.

 

Świetnie radzi Pan sobie z naszym językiem. Od razu po przyjeździe do Polski zaczął Pan uczęszczać na lekcje języka polskiego? Były selekcjoner Biało-Czerwonych, Leo Beenhakker kiedyś powiedział, że człowiek w jego wieku nie jest w stanie nauczyć się naszego języka ojczystego. Pan, co prawda jest od niego o wiele młodszy, ale polski oponował Pan bardzo szybko.

 

Od razu chciałem wiedzieć o czym koledzy rozmawiają w szatni (śmiech). Ważne jest, gdy pojawisz się w nowym kraju, żeby w miarę możliwości nauczyć się języka. W ten sposób oddajesz szacunek ludziom, z którymi współpracujesz. Szczerze powiem, że nie zapisałem się na żadne lekcje. Uczę się można powiedzieć w praktyce. Osłuchałem się już z waszym językiem na tyle, że swobodnie udzielam wywiadów, czy rozmawiam na co dzień z ludźmi.

 

Trener Louis van Gaal stwierdził, że jest Pan jednym z najlepszych piłkarzy, jakiego kiedykolwiek widział. Nic dziwnego, że Holender tak o Panu mówi, bo w zremisowanym (2:2) meczu z Holandią strzelił Pan dwie piękne bramki. Jaka była reakcja, gdy się Pan o tym dowiedział?

 

Powiedział mi o tym na pierwszym spotkaniu Michał Probierz i na początku nie do końca w to wierzyłem. Później przeczytałem to w książce Louisa van Gaala. Byłem tak samo zaszczycony, jak i zdziwiony jego opinią na swój temat. Słowa tak utytułowanego trenera wiele dla mnie znaczą, ale euforii nie było. Nie uderzyła mi do głowy woda sodowa z tego powodu (śmiech).

 

Miał Pan okazję osobiście poznać trenera van Gaala?

 

Nie miałem takiej możliwości. Kto wie, być może w przyszłości uda mi się spotkać z holenderskim szkoleniowcem.

 

Pod koniec marca reprezentacja Estonii sensacyjnie pokonała w meczu towarzyskim Chorwatów. Pan wówczas zaliczył wejście smoka z ławki rezerwowych. Asysta i gol mówią same za siebie. Wygrana 3:0 z Chorwacją odbiła się dużym echem w Pana kraju?

 

Bez wątpienia była to spektakularna wygrana, a takich brakowało nam w ostatnich kilku latach. Jednak euforii w Estonii nie było. Kibice owszem byli pozytywnie zaskoczeni i w dobrych humorach wrócili do domów, ale święta narodowego z tej okazji nie było. Liczymy, że nie będzie to jednorazowy wyczyn tylko początek lepszych czasów dla naszej kadry. Mnie osobiście to zwycięstwo również bardzo ucieszyło. Żałuję jedynie, że nie był to mecz o punkty w eliminacjach do mistrzostw świata.