Siatkówka

Lepa: Mówią płonie żeńska siatkówka aż strach

Polki zajęły trzecie miejsce w rozgrywanym w Warszawie w minionym tygodniu turnieju kwalifikacyjnym do mistrzostw świata w 2018 r. Oznacza to, że nie zagrają w turnieju w Japonii, nie dostaną nawet szansy na kolejne baraże, ponieważ przegrały z Czeszkami 2:3, choć w tie breaku prowadziły 8:2.

 

Przemysław Iwańczyk: Dlaczego polskie siatkarki znów nie dały rady awansować na mundial?

 

Alojzy Świderek: Nie mamy reprezentacji na wysokim poziomie, to co najwyżej średni poziom europejski. I tak jest od kilku lat. Problem bierze się stąd, że nie da się w dwa-trzy tygodnie przygotować zespołu do osiągania dobrych wyników, jeśli wcześniej przez kilka miesięcy zawodniczki grają w lidze, o której nie chcę mówić źle, bądź też stoją w kwadracie dla rezerwowych. Modelowo powinno być tak, że powinniśmy mieć młodą reprezentację, która zostaje wsparta bardzo doświadczonymi zawodniczkami u szczytu kariery. Te drugie powinny ciągnąć zespół w roli liderek, a tak nie jest.

 

Co można zatem zmienić?

 

Na świecie sukcesy odnoszą te reprezentacje, które długo są razem. W Stanach Zjednoczonych mamy tylko ligę akademicką, a czołowe siatkarki są rozsiane po ważnych klubach na świecie. Trener Karch Kiraly poukładał to w ten sposób; bierze na początku roku młode siatkarki z ligi akademickiej i ćwiczy z nimi non-stop na zgrupowaniu przez blisko cztery miesiące. Wykonuje w tym czasie ogrom nieocenionej pracy, selekcjonuje z nich najlepsze i włącza do właściwej reprezentacji, która zaczyna przygotowania w maju. Do tego trzonu doskonale znanych nam siatkarek dołączają co roku cztery, pięć młodych, więc te niedoświadczone mogą czerpać przez ponad siedem miesięcy wspólnej pracy na zgrupowaniach i turniejach. Drużyna kształtuje się poprzez pracę.

 

O chińskich i japońskich reprezentacjach nie chcę wspominać, mają one swoją specyfikę, polega ona na ciężkiej, długotrwałej wspólnej pracy. Brazylia funkcjonuje na jeszcze innych zasadach, ta, czołowe reprezentantki skupione są w dwóch klubach, które mają świetnych szkoleniowców na co dzień. Tam wykonują najcięższą pracę, właściwie trwa ona bez przerwy.

 

A co z Polską?

 

Nie chcę mówić źle o naszej lidze i jej poziomie, ale ile ona znaczy pokazują europejskie rozgrywki, których nie odgrywamy żadnej roli. W takich zespołach grają nasze zawodniczki, bądź też w ogóle nie grają pełniąc funkcję rezerwowych. I tak przez siedem miesięcy. Jak więc w trzy tygodnie przedsezonowego zgrupowania nadrobić to wszystko i przygotować zespół? Drepczemy w miejscu od kilku lat!

 

Może należy radykalnie odmłodzić kadrę i czekać?

 

Radykalne odmładzanie nie zdaje egzaminu. Pamiętam, kiedy przed 20 laty usiłowano dokonać takiej rewolucji korzystając z utalentowanego nowego pokolenia. Nie zdało to egzaminu, należało na powrót sięgnąć do starszych graczy i nimi uzupełnić zespół.

 

Wspomina pan o kilku modelach prowadzenia drużyny narodowej. Który z nich można by zaadaptować do naszych warunków?

 

Powiem o włoskim modelu. Kiedy tam pracowałem, na 144 zawodniczki w najwyższej lidze, tylko 26-28 to były Włoszki. Ponieważ kluby były bogate, stać je było na ściąganie absolutnie najlepszych na świecie zagranicznych siatkarek, m.in. z Kuby, od których można było się uczyć. To był model obarczony wielkimi kosztami, bo większość Włoszek musiała szukać swojego miejsca w niższych ligach, ale rezultaty były znakomite, bo reprezentacja wywalczyła mistrzostwo świata. Później nastąpiła z tego powodu zapaść, więc nie było to idealne, choć kosztowne rozwiązanie.

 

Podoba mi się za to, co teraz dzieje się we Włoszech, czyli projekt Club Italia. To odpowiedź na problemy z czasem i treningiem na najwyższym poziomie dla perspektywicznych siatkarek. Zebrano młode dziewczyny [urodzone w latach 1997-2002] w jednym miejscu, wszystkie z dobrymi warunkami fizycznymi, które zrzeszone w drużynę grają w Serie A. Priorytetem tego przedsięwzięcia nie jest wynik, a trening. Następnie są selekcjonowane i dołączane do reprezentacji kluczowych zawodniczek, gwiazd, które rozsiane są po najlepszych klubach.

 

Proponuje pan to samo w Polsce?

 

Tak. Ale potrafię jednocześnie wyobrazić sobie opór ze strony prezesów klubowych, że zabiera im się młode siatkarki. Problem w tym, że one nie grają na co dzień, nie mają gdzie zbierać należytego doświadczenia. Wszyscy ze środowiska muszą sobie jednak zdać sprawę, że zaprzepaszczamy tym samym szansę zbudowania silniejszej reprezentacji. Jeśli niczego nie zmienimy, przez kolejne lata będziemy w tym samym miejscu; dziewczyny spotkają się na krótkim zgrupowaniu, rozegrają kilka przegranych spotkań i rozjadą się do domów. Wiem, co mówię, bo widziałem. Mimo wielkiej pracy, jaką wykonał trener Jacek Nawrocki, nie da rady w takim modelu zrobić i osiągnąć więcej.

 

Ale nasza reprezentacja nie jest wcale taka młoda, w niektórych meczach średnia wieku sięgała 27 lat.

 

Jacek stara się brać do kadry dziewczyny, które są w miarę doświadczone, ale nie wyciśnie z nich więcej niż do tej pory. I tak będzie w kolejnych sezonach, jeśli niczego nie zmienimy. Nie mówię, by pozbywać się tych dziewczyn, ale powołajmy zespół do OrlenLigi, który ogrywałby młode. Spokojnie znalazłoby się kilkanaście kandydatek z doskonałymi warunkami do takiej drużyny.

 

Można zastanawiać się nad takim stanem rzeczy, ale w praktyce uciekł nam awans na kolejny mundial.

 

Jeszcze raz powtórzę: drepczemy w miejscu. Mieszamy od lat w tej samej szklance, myśląc, że herbata zrobi się od tego słodsza. Widziałem robotę Jacka z dziewczynami, ale przez trzy tygodnie przy ogromie pracy, jaką należy wykonać, można tę drużynę jedynie "zajechać". A wyników z tego na pewno nie będzie. Szkoda jednak, że w warszawskim turnieju nie udało się zająć drugiego miejsca. Nawet nie rzecz w samym awansie, po prostu dziewczyny miałaby szansę zdobyć doświadczenie w kilku meczach kolejnej fazy barażowej…