Trzy ładunki wybuchowe zostały zainstalowane w miejscu, w którym przejeżdżał autokar klubowy Borussi. Zdaniem niemieckiego Der Spiegel celem zamachowca było wzbogacenie się o cztery miliony euro poprzez spowodowanie krachu na giełdzie ekonomicznej ze względu na śmierć piłkarzy. Na szczęście oskarżonemu Siergiejowi W. nie udało się tego planu wykonać. Szczęśliwie skończyło się tylko na drobnych urazach. Najmocniej ucierpiał Marc Barta, który złamał sobie bark. Konsekwencje tego zamachu mogły być jednak zdecydowanie gorsze.

 

- Akurat przeglądałem telefon komórkowy, kiedy nagle pojawiło się mnóstwo dymu. Zrobiło się przerażająco ciepło, zwłaszcza w twarz. Telefon wypadł mi z ręki i poczułem, że zostałem czymś uderzonym. Potem zobaczyłem twarze moich kolegów i poczułem olbrzymi strach. Nikt z nas nie miał pojęcia co się stało. Instynktownie każdy z nas rzucił się na podłogę. Okropnie rozbolała mnie głowa, ale przede wszystkim ramię. Słyszałem niesamowity pisk w uszach – zdradza szczegóły Hiszpan.

 

Od tego momentu zaczął się koszmar dla byłego zawodnika FC Barcelony, który o mało nie stracił przytomności. – Poczułem się senny, ale nasza fizjoterapuetka zaczęła bić mnie po twarzy. Płakała, jednocześnie krzycząc, żebym nie zasypiał. Zrozumiałem, że jak zamknę oczy, to mogę już ich nigdy nie otworzyć. Zacząłem myśleć o mojej córce, o narzeczonej i to dodało mi siły. Nie straciłem przytomności, bo wiedziałem, że będą mnie potrzebować. Straciłem wiele krwi, a kiedy karetka wreszcie zjawiła się na miejscu, powiedziałem sobie, że jestem gotowy na amputację ręki, żebym tylko mógł z tego wyjść. Nie życzę nikomu tego bólu, którego doświadczyliśmy. Wszyscy moi koledzy spisali się bardzo dzielnie – zaznacza Bartra.

 

Na koniec defensor Borussi odniósł się do zamachowca, Siergieja W. – Kiedy dowiedziałem się, że został aresztowany, poczułem wielką ulgę. Nie chcę go spotkać, ponieważ nie zasługuje nawet na sekundę w moim życiu – podkreśla młody obrońca.