Kiedy jeszcze latem rozmawiałem z dziennikarzami „Wolfsburger Allgemeine”, właściwie żaden z nich nie miał wątpliwości, że Polak albo lada chwila opuści VfL Wolfsburg, albo dotrwa do końca sezonu, by wynieść się na sportową emeryturę do amerykańskiej MLS lub Wisły Kraków, z którą związany był przed wyjazdem z Polski. Realnie oceniając, mieli oni rację; na powrót Kuby do ról pierwszoplanowych w Bundeslidze nie zanosiło się z wielu powodów. Dotychczasowy trener Andries Jonker, choć deklarował inaczej, miał chyba wizję składu bez Polaka w kluczowej roli prawego pomocnika. Jego decyzje personalne potęgowane przez nieadekwatne do możliwości finansowych klubu wyniki, chaos transferowy wywoływany przez dyrektora sportowego Olafa Rebbego, sprowadzającego na potęgę piłkarzy o dublujących się parametrach, a także kolejne przeciwności losu, z jakimi zmagał się sam piłkarz (ostatnio kontuzje oraz grypa). To wszystko dawało niewielką nadzieję, że Kuba się podniesie i to tak szybko.
 
Oczywiście zbiegło się to z zatrudnieniem nowego szkoleniowca, którym został doskonale znający realia Bundesligi Martin Schmidt, ale tak naprawdę Polak znów sam mocno zapracował na swoje kolejne zwycięstwo. Nie jest to miejsce, gdzie należałoby wracać do traumatycznej młodości pomocnika reprezentacji, jego historii rodzinnej, która z pewnością naznaczyła Kubę jako piłkarza i dorosłego już człowieka. Warto przypomnieć jednak, ile razy wychodził on z piekielnie trudnych dla siebie sytuacji jako wygrany. Zerwane więzadła krzyżowe w 2014 r., kiedy był od kilku sezonów w szczytowym momencie swojej kariery w Borussii Dortmund, przestrzelony rzut karny w ćwierćfinale ubiegłorocznego Euro z Portugalią, który pozbawił Polaków szansy na awans, czy ostatnie perypetie klubowe już w Wolfsburgu. Jeśli jest jakiś piłkarz, który skapituluje przed nieoszczędzającym go losem, z pewnością nie będzie to Błaszczykowski. 
 
Piątkowe 45 minut meczu przeciwko Bayernowi (2:2) to nic nie znaczący epizod w bogatej karierze Kuby. Jeśli jednak przyjrzeć się temu wnikliwie, to kolejne osobiste zwycięstwo jednego z najważniejszych polskich piłkarzy ostatnich lat.
 
Świat piłki nożnej jest dość osobliwy, trudno w nim o same racjonalne zachowania, kaprysy i fochy są w nim codziennością. Może dlatego tak trudno nam dziennikarzom zrozumieć samych graczy i odwrotnie. Nieco inaczej sytuacja ma się z kibicami, którzy wielbią swoich bohaterów bezwarunkowo. Z obecnej reprezentacji to właśnie Kuba przeżywał największy emocjonalny roller coaster w relacjach z mediami i fanami. Bez dogłębnego zbadania sprawy łatwo było kamienować ówczesnego kapitana, kiedy wyszedł przed kamery po nieudanym Euro 2012 i zaczął narzekać na brak biletów dla rodzin piłkarzy. Kubie dostało się za to aż miło, dorobił się ksywki „Bileter”, jednak mało kto wie, co wyszło poniewczasie, że było to zdanie większości poirytowanych kadrowiczów w porę powstrzymanych przez ich doradców, by nie wychodzili z pretensjami chwilę po poniesionej sportowej klęsce. Dostało się za to Błaszczykowskiemu i od mediów, i od kibiców. Niejednemu w tej sytuacji trudno byłoby ponownie zaskarbić sobie sympatię, tymczasem Kuba po kolejnych mistrzostwach Europy właśnie i feralnie przestrzelonym karnym, był najbardziej fetowanym reprezentantem Polski po powrocie do kraju.
 
Błaszczykowski i poza piłką przeszedł wiele, choćby utratę kapitańskiej opaski w reprezentacji, co niewątpliwie było bardzo dotkliwe, lecz nie spowodowało w piłkarzu urazy, tylko wręcz przeciwnie, wywołało w nim jeszcze większą determinację. Znam naprawdę wielu zawodników, którzy w obliczu tak dotkliwej decyzji trenera stawali się jego największym wrogiem, knuli za plecami, rozbijali grupę. Jak jest z Błaszczykowskim, sami wszyscy widzą. Można mu zarzucić wszystko, tylko nie brak lojalności i działanie wbrew drużynie.
 
Kuba to wreszcie jeden z nielicznych w piłce, który dotrzymuje danego słowa. Kiedy kilka miesięcy temu informowałem o tym, że Legia chciałaby go wypożyczyć, wydawało się, że to naprawdę realne, biorąc pod uwagę ewentualną ofertę finansową, z jaką wyszedł wtedy mistrz Polski, oraz perspektywą gry w Lidze Europy. Wtedy to właśnie zatelefonował do mnie ktoś, kto Kubę zna doskonale i powiedział, że prędzej świat się skończy, niż Błaszczykowski nie dochowa obietnicy, że jeśli wróci do Polski, to tylko do Wisły. Cóż, tak postępują tylko urodzeni zwycięzcy.