Słowenia nie jest żużlową potęgą, ale Matej pragnie udowodnić, że w byłej Jugosławii rodzą się talenty do jazdy na motocyklu. Lata startów w Trelawny, Reading, Swindon czy Manchesterze na coś się przydały. Żadne nierówności toru nie są straszne Matejowi. Nie jest żużlową primadonną. Swój sukces odniesiony na Friends Arena zawdzięcza odwadze w podejmowaniu decyzji. "Mam nadzieję, że wygrana w Sztokholmie odmieni moją karierę. Rzadko zdarza się, aby zwyciężać w dwóch kolejnych turniejach indywidualnych mistrzostw świata. W Teterow nękał mnie napastliwy ból głowy. W Sztokholmie silniki rasowane przez Brytyjczyka Petera Johnsa zawiozły mnie na szczyt podium. Wiem, że sezon składa się z 12 mistrzowskich turniejów, ale lepiej przebudzić się w końcówce sezonu niż wejść z przytupem do cyklu, a potem blado wypadać na przestrzeni całego roku" – rzekł 34-letni żużlowiec ze starożytnej Emony (dzisiejszej Ljubljany). Krsko nie jest pewne, że na stadion Matije Gubca zawita jeszcze cykl Speedway Grand Prix, więc Matej staje na rzęsach, aby zapewnić sobie miejsce w pierwszej ósemce. Były żużlowiec – Przemek Tajchert jako pierwszy klucz oraz oddany sponsor i przyjaciel Krzysztof Kozaryn to zręczne połączenie talentów, ale nade wszystko istotna jest determinacja drzemiąca w zawodniku i szybkie jednostki napędowe. A o te Matej nie musi się martwić…

 

Johnsy wraca do zabawy

 

Peter Johns to zdolny miś. Człowiek, który kocha grzebać w klamotach. Trochę złotych skalpów zdobył, ale zachowuje pokorę jak przystało na Wyspiarza, który wiele w życiu widział i dysponuje niebagatelnym doświadczeniem. Leigh Scott Adams, dziesięciokrotny indywidualny mistrz Australii i wicemistrz świata z 2007 roku mógłby godzinami opowiadać o umiejętnościach i kunszcie Petera Johnsa, ale nie w tym rzecz. Peter przeżywał trudne chwile, bo kilku kontrahentów wysypało mu się w trakcie bieżącego sezonu, ale przeczekał pochmurną i wietrzną aurę. Zagar wiedział, że do warsztatu Brytyjczyka warto zapukać. Znalazł to czego szukał: szybkich i niezawodnych silników. Matej ma nadzieję, że sprzęt nie zawiedzie go podczas kluczowych turniejów w Toruniu i w Melbourne. "Nie notuję już takich wpadek jak podczas SGP w Warszawie. Jeżeli uda mi się uniknąć drastycznego spadku formy, pokuszę się, aby walczyć o najwyższe laury. W półfinale na Friends Arena dopisało mi szczęście, ale wiele razy podczas kariery dotykał mnie pech, więc wydaje mi się, że karma istnieje na naszej planecie. Nie ma mistrzów, którym nie sprzyja fortuna. Bez łutu szczęścia, nie ma racji bytu w sporcie. Ważne, aby umieć wykorzystać szanse w stu procentach" – zwycięstwo w stolicy Szwecji wprawiło Słoweńca w filozoficzny nastrój.

 

Ten komentarz Mateja to strzał z rewolwera w kierunku tych, którzy utyskują, że Słoweniec wturlał się do półfinału z dorobkiem zaledwie 7 oczek. W profesjonalnym sporcie sztuką jest przetrwać kryzys i przebudzić się w newralgicznym momencie. Wygrać wyścig jadąc na tzw. "bezdechu", czyli na przebitej oponie albo pokonać przeciwnika popełniając 100 niewymuszonych błędów. Zagar ma świadomość, że dokonał wielu drastycznych zmian w sprzęcie przed półfinałem i finałem. "Szukaliśmy odpowiednich korekt. Znaleźliśmy złoty środek. Czy chciałbym powtórzyć sukcesy jakie Peter Johns osiągnął z Holderem, Hancockiem i Woffindenem? Oczywiście, że tak!" – wyznał Słoweniec, który wkroczył do pierwszej ósemki mistrzostw świata dystansując o jeden punkt Martina Vaculika.

 

Póki co, Matej Zagar pozostaje bez medalu w indywidualnych mistrzostwach świata. Jego najlepszym osiągnięciem jest piąta pozycja wywalczona w cyklu Speedway Grand Prix w sezonie 2014. Jeżeli Johnsy znalazł w swoim warsztacie złotą receptę na sukces, to niewykluczone, że Słoweniec wyrówna wynik sprzed trzech lat… "Peter odmienił mój świat. Kocham jego silniki" – wyznał szczęśliwy Matej w Sztokholmie.

 

Doyley bliżej złotej korony

 

Zagar odważnym atakiem wstawił tylne koło Australijczykowi Doyle’owi na drugim wirażu finałowego wyścigu. Jason nie był załamany tym faktem, gdyż kangur z Nowej Południowej Walii podchodzi bardzo racjonalnie do cyklu Speedway GP. "Istotne, aby zbierać punkty. Nie muszę wygrywać finałów, aby zostać mistrzem świata. Nie czuję się mistrzem globu. Dopiero, gdy usłyszę jak spiker wyczyta: Jason Doyle został mistrzem świata, uwierzę, że wdrapałem się na szczyt. Przede mną dwie rundy, ale jeszcze wszystko może się wydarzyć. Któż mógł przewidzieć, że uda się zdobyć aż 18 punktów w Sztokholmie? Jestem szczęśliwy, że powiększyłem przewagę nad najgroźniejszymi rywalami" – wyznał Australijczyk.

 

O ile Doyley wykonał najprawdziwszy kangurzy sus, o tyle za plecami Australijczyka panuje prawdziwy ścisk. W klasyfikacji zrobiło się gęsto. Patryk Dudek i Maciej Janowski nie mogą swobodnie oddychać, gdyż grupa pościgowa z Fredrikiem Lindgrenem na czele peletonu, coraz śmielej rozpycha się łokciami. Szwed okupuje czwarte miejsce i traci zaledwie jeden punkt do Magica Janowskiego. Z kolei Patryk Dudek posiada skromną zaliczkę nad Maciejem, gdyż wyprzedza wrocławianina o dwa punkty. Emil Sajfutdinow nie rezygnuje z walki o krążek, a ostatniego słowa nie powiedział jeszcze Tai Woffinden. Brytyjczyk co prawda zanadto pokochał taśmę na Friends Arena, bo aż dwukrotnie był wykluczony za dotyk przez duńskiego sędziego, ale w Toruniu i w Melbourne Tai z pewnością przypuści atak na medalową pozycję.

 

W Sztokholmie odbudował się Bartosz Zmarzlik, który zapomniał o zapaści w niemieckim Teterow. 12 oczek zdobytych w Szwecji przez Bartosza może okazać się złotonośnym zastrzykiem, bo Polak wcale nie może być pewien utrzymania w cyklu, gdyż Zagar ma zaledwie 8 oczek mniej, a Słowak Martin Vaculik też nie zapomniał jak jeździ się na MotoArenie…

 

6 października Doyle przybędzie do Grodu Kopernika z enigmatyczną miną. Przed rokiem w Toruniu Jason stracił szansę na siódme złoto dla Australii w indywidualnym czempionacie. Teraz możliwy scenariusz zakłada, że do koronacji może dojść już w Toruniu, choć właściciele cyklu woleliby, aby kwestia tytułu rozstrzygnęła się na Etihad Stadium nad rzeką Yarra…