Piłka ręczna

Zawistowska: Czeka nas mecz o wszystko

Dwa lata temu Polki w dramatycznych okolicznościach pokonały Węgierki w 1/8 finału mundialu w Danii. Czwartkowy mecz w Bietigheim odbędzie się wprawdzie w fazie grupowej kolejnych mistrzostw świata, ale jego ciężar gatunkowy jest niemal identyczny. Porażka może wyrzucić z turnieju, wygrana ustawić w korzystnej sytuacji przed 1/8.

Wystarczyłaby zatem sama stawka spotkania, by uznać je za bardzo ważne. Historia poprzednich starć, choćby tych najnowszych, jak wspomniany dreszczowiec sprzed dwóch lat czy wyrównane boje w eliminacjach ME 2016, sprawiają, że śmiało można mówić już o wydarzeniu nadzwyczaj interesującym. Ale obecność na ławce Węgierek trenera Kima Rasmussena czyni ten mecz absolutnie wyjątkowym.

By raz jeszcze wrócić do meczu w Herning 14 grudnia 2015 roku: Biało-czerwone wygrały wtedy 24:23, by następnie w ćwierćfinale uporać się z Rosją i drugi raz z kolei zameldować się w najlepszej czwórce świata. Do tego sukcesu poprowadził Polki Kim Rasmussen. Do półfinału MŚ 2013 w Serbii - również.

Mecz Polska - Węgry nie będzie wydarzeniem, jakich w sporcie wcale znowu nie tak mało, kiedy trener lub zawodnik mierzy się z zespołem, z którym niegdyś był związany. Nie, to naprawdę będzie coś o wiele większego kalibru, bo i Kim Rasmussen jest postacią w naszym żeńskim szczypiorniaku wyjątkowego formatu.

Duńczyk objął reprezentację Polski w 2010 roku. Biało-czerwone znajdowały się wówczas w głębokim kryzysie, eliminacje do wielkich imprez zaczynały od prekwalifikacji. Po sześciu latach nieobecności na salonach Polki pod wodzą Rasmussena awansowały do mistrzostw świata w Serbii, gdzie zakończyły zmagania na czwartym miejscu, podobnie jak dwa lata później w Danii - to najlepsze osiągnięcia w całej historii naszego żeńskiego szczypiorniaka.

Rasmussen wywalczył też awans do mistrzostw Europy 2014 i był naprawdę blisko - zdecydowanie bliżej od wszystkich swoich poprzedników - awansu do igrzysk olimpijskich. Pożegnał się z polską kadrą w stylu równie imponującym, pieczętując awans do do ME 2016. W ostatniej kolejce tamtych kwalifikacji Polki wygrały 28:25 ze Słowacją, a potem w hali w Płocku były już tylko łzy wzruszenia. Biało-czerwone żegnały szkoleniowca, z którym zdążyły się związać w sposób wyjątkowo mocny. Szkoleniowca, który zdecydował się przyjąć ofertę węgierskiej federacji.

Niektórym naszym zawodniczkom, tym doświadczonym, Rasmussen przywrócił wiarę w to, że mogą z drużyną narodową coś osiągnąć. Młodsze przy nim wchodziły do wielkiej piłki ręcznej. Z Karoliną Kudłacz-Gloc i Kingą Achruk miał kontakt niemal telepatyczny, taki jaki w najlepszych zespołach łączy trenera z liderkami prowadzącymi grę. Dla Moniki Kobylińskiej, Katarzyny Janiszewskiej, Joanny Drabik był właściwie jedynym selekcjonerem, jakiego znały. Przez blisko sześć lat polskie zawodniczki słysząc "reprezentacja", myślały "Kim". Właśnie tak. Nie trener, nie Rasmussen. Kim. Tak mówią o nim do dziś.

- Trener Kim zna nas – my jego. To działa w dwie strony. Na boisku nie będzie sentymentów - mówi przed dzisiejszym meczem Joanna Drabik.

Sentymentów może nie, ale nie wierzę, że to będzie mecz jak każdy inny. I dla naszych dziewczyn, i dla Kima to będzie coś wyjątkowego. Z oczywistych względów na poziomie emocji. Ale i pod względem czysto sportowym. Rasmussen zna Polki, jak nikt. Tercet, który najprawdopodobniej rozpocznie mecz w naszej drugiej linii, czyli Kudłacz-Gloc, Achruk, Kobylińska to dziewczyny, które zna na wylot. Wie nie tylko, jak i co lubią grać, ale potrafi poznać na pierwszy rzut oka, czy to jest ich dzień, w jakiej są dyspozycji, w jakim nastroju. Wie, jak reagują w sytuacjach stresowych.

Warto o tym wszystkim pamiętać kibicując w czwartkowe popołudnie Polkom. Warto pamiętać, że z wielu względów będzie to dla nich mecz absolutnie wyjątkowy. I wyjątkowo trudny.