Głosuj na Tomasza Marczyńskiego w 83. Plebiscycie na Najlepszego Sportowca Polski 2017 Roku


Jeszcze niedawno wielu ludzi ze świata kolarstwa mówiło, że niczego już nie osiągnie. Po przygodzie w CCC Sprandi Polkowice wylądował w tureckiej ekipie Torku Sekerspor. Tam pokazał się z dobrej strony i podpisał kontrakt z Lotto Soudal, czyli ekipą cyklu World Tour. Pierwszy, czyli poprzedni sezon, stracił z powodu choroby i wtedy znowu pojawiły się głosy, że „Maniek” się skończył. A jednak znowu się podniósł i wrócił w imponującym stylu.

Wiosną zniszczył kolejny mit o sobie, który mówił, że ma problem z poświęceniem się dla drużyny, bo ma mentalność lidera. Tymczasem Marczyński pracował dla swoich kolegów, jak mrówka. Latem, na trasie Tour de Pologne zapowiadał, że czuje się coraz lepiej i szykuje się na Vuelta a Espana. Tam też nie był centralną postacią ekipy, wiele razy pomagał kolegom, ale gdy tylko wyczuł szansę, potrafił wykorzystać ją w mistrzowski sposób. Polak, który od lat mieszka w Hiszpanii wygrał dwa odcinki!

 

Czekał na swój moment

 

Pierwsze zwycięstwo to szósty odcinek hiszpańskiego touru. – Już na trasie pierwszego etapu, czyli jazdy drużynowej na czas, bardzo mocno zbiłem kość ogonową. Nie mogłem normalnie siedzieć – mówił nam na początku wyścigu i dodawał, że choć o klasyfikacji generalnej nie myśli, to podoba mu się kilka kolejnych odcinków. Pierwszym szczęśliwym okazał się ten szósty. Najpierw „Maniek” był w wielkiej ucieczce, w której ostatecznie zostało trzech kolarzy. – Wiedziałem, że nie mogę tego spieprzyć. Czekałem tylko na dobry moment. Bardzo mocno wierzyłem, że wygram – mówił później, bo oczywiście zrealizował plan. Już wtedy przeszedł do historii polskiego kolarstwa, bo przed nim w Vuelcie etap wygrywał tylko Przemysław Niemiec. – Nikomu niczego nie chciałem udowadniać, nie ma takiej potrzeby. Vuelta to dla mnie domowy wyścig. Wygraną podziękowałem też ekipie, która zaufała mi w trudnym czasie i dała kolejną szansę. Miałem problemy zdrowotne, ale oni wierzyli, że wrócę – opowiadał i dodawał, że jeszcze spróbuje namieszać w wyścigu. Spełnił obietnicę już kilka dni później, na mecie 12. odcinka. Wygrał i znowu był na ustach całego kolarskiego świata. – To były wielkie emocje, bo startowaliśmy 40 kilometrów od miejsca, w którym mieszkam. Pojawiło się więc mnóstwo znajomych, co mnie tylko dodatkowo napędzało. Nastawiałem się na ten odcinek od dawna i wyszło perfekcyjnie – opowiadał Polak po kolejnej udanej ucieczce. – Pokazałem, że pierwsza wygrana nie była żadnym przypadkiem – cieszył się „Maniek”.

 

Belgowie go cenią

 

Wydawało się, że znajdzie się w składzie na mistrzostwa świata w Bergen, ale selekcjoner Piotr Wadecki nie znalazł dla niego miejsca, choć przecież „Maniek” był w wielkiej formie. Norweską imprezę obejrzał w telewizji, ale za to mógł się cieszyć z tego, jak doceniła go ekipa. Marczyński ma już 33 lata, ale Belgowie uznali, że jest tak wartościowym zawodnikiem, że podpisali z nim umowę do 2020 roku. – Tomasz wykonał znakomitą pracę dla zespołu i wygrał dwa etapy na Vuelcie. Cieszymy się, że zostaje z nami – można było przeczytać na oficjalnej stronie zespołu. – Bardzo chciałem tu zostać, bo czuję się, jak w rodzinie. Przedłużenie kontraktu o 3 lata daje poczucie bezpieczeństwa i redukuje stres. Mogę skupić się wyłącznie na pracy.

 

Uwielbiam rolę pomocnika, ale cieszę się, że mam też okazję walczyć o indywidualny sukces. W przyszłym sezonie podejdę do moich zadań z pełnym poświęceniem – zapowiedział „Maniek”. W 2019 roku znowu więc poszuka swojej szansy. Wszystko wskazuje na to, że między innymi na trasie Tour de France.

 

Sylwetka Tomasza Marczyńskiego będzie prezentowana także we Fleszu Sportowym w Polsacie Sport News w godzinach 12-20.