"Orzeł z Wisły" z igrzysk ma same dobre wspomnienia. Uwielbia atmosferę sportowego święta i to, że wszyscy sportowcy są w jednym miejscu, nawzajem się dopingują. Małysz na olimpijskim podium stanął cztery razy - dwukrotnie w Salt Lake City (srebro i brąz) i dwukrotnie w Vancouver (dwa srebra). Doskonale wie, czego potrzeba skoczkom narciarskim przed najważniejszym startem czterolecia i teraz dba o to, by obecnym zawodnikom niczego nie zabrakło.

Na igrzyska jako dyrektor PZN ds. skoków i kombinacji norweskiej poleciał pierwszy raz. Cztery lata temu, gdy impreza odbywała się w Soczi, nie pełnił jeszcze tej funkcji i zmagania obejrzał w telewizji. Teraz odczuwa znowu adrenalinę i bardziej się stresuje niż jak sam siadał na belce.

- Stojąc na dole i czekając na skoki chłopaków, mam większego nerwa niż jak byłem na rozbiegu. Emocjonalnie to chyba nawet trudniejsze przeżycie. Oczywiście to co innego, ale obciążenie jest olbrzymie. Jestem odpowiedzialny za tych zawodników, choć wyniki zależą wyłącznie od nich. To oni siedzą na belce i zostaje im oddać dobry skok, a ja stoję na dole i aż się trzęsę z nerwów - przyznał Małysz.

Wyjazd do Pjongczangu to dla niego też całkowicie inne przeżycie niż uczestnictwo w igrzyskach jako zawodnik. A w nich brał udział czterokrotnie. Najpierw był w Nagano (1998), później Salt Lake City (2002), Turynie (2006) i Vancouver (2010).

- Bardzo się cieszę, że znowu jestem na igrzyskach. Patrzę teraz z zupełnie innej perspektywy, ale z drugiej strony robię to, co zawsze. Mam te same obowiązki, co w zawodach Pucharu Świata czy mistrzostwach świata. Moja rola jest cały czas taka sama - przekonywał.

Małysz - jeśli tylko na to pozwoli czas - chciałby odwiedzić także inne areny sportowe. Gdy był zawodnikiem, tylko raz udało mu się wyskoczyć z wioski, by zobaczyć inną dyscyplinę. W Vancouver wybrał się na mecz hokeja.

- I chciałbym to powtórzyć, bo bardzo mi się podobało. Ale tak jest przed każdym wyjazdem. Zawsze sobie coś obiecuję, że gdzieś w wolnej chwili np. pouczę się angielskiego, obejrzę jakiś film, ale jeszcze nigdy się nie udało. Od rana do wieczora jest robota, coś się dzieje i nie ma czasu na nic więcej - pokreślił i dodał: "Nie przyjechałem tu jako kibic, a jako osoba, która ma pomagać. To jest najważniejsze. Jeśli faktycznie znajdzie się wolna chwila, to mogę coś w tym kierunku zrobić, ale znając Stefana (trenera Horngachera), wiem, że tego czasu nie będzie.

Pierwszy konkurs indywidualny w skokach narciarskich w Pjongczangu odbędzie się w sobotę. Początek o 13.35 czasu polskiego. Jednym z faworytów jest podwójny mistrz olimpijski z Soczi Kamil Stoch.