W piątek podczas podchodzenia do obozu pierwszego na 5900 m samoistnie spadający kamień uderzył Rafała Fronię w przedramię, powodując złamanie. Po zejściu do bazy i zaopatrzeniu medycznym, naczelny kronikarz – jak nazwali go koledzy – ma być w sobotę przetransportowany helikopterem do szpitala w Skardu, jeśli pozwoli na to pogoda.

 

Polski Związek Alpinizmu poinformował, że uczestnicy wyprawy są objęci ubezpieczeniem i wszelkie koszty związane z wypadkiem pokrywa ubezpieczyciel. Szef komitetu organizacyjnego Janusz Majer dodał, że w odróżnieniu od Nepalu, w Pakistanie taka procedura jest bardziej skomplikowana. Firma wypożyczająca śmigłowce żąda zaliczki w gotówce.

 

W tym tygodniu w podobny sposób urazu doznał Adam Bielecki podczas podchodzenia do obozu pierwszego. Samoistnie spadający kamień uderzył go w głowę. Mimo posiadania kasku doznał obrażeń twarzy. "Skończyło się na złamanym nosie i sześciu szwach" - poinformował później.

 

Cichy, zapytany, jaką podjąłby decyzję, gdyby był kierownikiem tej wyprawy, odpowiedział:

 

„Zmieniłbym drogę wspinaczki. Zamiast atakować górę południowo-wschodnim filarem, tzw. drogą Basków, nazywaną też Cesena, przeszedłbym na drogę pierwszych zdobywców, czyli Żebra Abruzzi. Trzeba się zastanowić – czy K2 nas nie chce w ogóle, czy tylko droga Basków? Góra dała nam kamieniami dwa ostrzeżenia. Nie trzeba kusić losu i próbować po raz trzeci. Przypomnę, że przed wylotem z Polski obie drogi były brane pod uwagę, a wybór miał być uzależniamy od warunków, głównie śniegowych. Jeśli jest go mało, to może być kłopot z bezpiecznym dokończeniem drogi Basków”.

 

Jakie są korzyści? Wariant Basków wytyczony jest blisko bazy głównej, skąd – bez zakładania bazy wysuniętej – można rozpoczynać akcję górską. Żebro Abruzzi jest długie, trzeba iść pod ścianą, ale teren uchodzi za łatwiejszy.

 

„Dodatkowy plus, że jest dobrze znany, chociażby Bieleckiemu, Gołąbowi czy Kaczkanowi. Tą drogą wspina się 90 procent wypraw. Nie sugerujmy się, że koledzy dość szybko uporali się z dwoma obozami, bo wykorzystali stare poręcze. Z założeniem nowych powyżej +dwójki+ są problemy” – wyjaśnił pierwszy zdobywca Mount Everestu (8848 m) zimą (17 lutego 1980).

 

Kluczem będą jednak warunki atmosferyczne. Prognozy na najbliższe dni nie są jednak optymistyczne. Po słonecznym piątku pogoda ponownie zacznie się pogarszać, ale… w środę ma się polepszyć. Jest zatem szansa na „okno”. Potem, do końca tygodnia prognozowane jest zachmurzenie.

 

„Dwa obozy przy oknie pogodowym postawi się dość szybko. Na trójkę można poczekać, gdyby warunki nie były sprzyjające, ale… Jest jeszcze pięć tygodni i mamy zaaklimatyzowany do 7000 m zespół” – dodał Cichy.

 

Jego zdaniem niebagatelne znaczenie ma psychika i odpowiednie nastawienie. Jeśli od początku było ono bojowe, to po tych dwóch wypadkach Bieleckiego i Froni, a także wcześniejszym opuszczeniu wyprawy przez Jarosława Botora z powodów rodzinnych, uległo ono z pewnością obniżeniu.

 

„Wczuwam się w sytuację kolegów. Są zniechęceni do tej drogi, nie mają do niej serca, boją się. Dostali dwa porządne ostrzeżenia, a znaków jakie dają nam góry, nie należy lekceważyć. Dlatego jestem za zmianą drogi, albo… trzeba zwinąć bazę i wracać do domu” - podsumował Cichy, który brał udział w czterech wyprawach na K2 - trzech latem (1976, 1982, 2005) i jednej zimą (1987/88).