Przemysław Iwańczyk: Dokładnie 40 lat Józef Łuszczek zdobył złoty medal w biegu na 40 kilometrów na MŚ w Lahti. Dobry wieczór Panie Józefie, świętuje Pan z rodziną? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Józef Łuszczek: Dobry wieczór. Dziś było u mnie mnóstwo ludzi. Żona z dziećmi, córka z wnukami i z mężem, pani Halinka z Kościeliska przywiozła mi piękny tort, który wyglądał jak medal...

Wróćmy na chwilę do tego, co było w 1978 roku. Nikt wtedy nie spodziewał się, że Pan sięgnie wtedy po dwa medale, w tym ten najcenniejszy - złoty...

Do tej pory siedzą we mnie emocje z dzisiejszego popołudnia, no bo biathlonistki mogły sprawić nam dzisiaj niespodziankę, taką jak ja wtedy. W 1978 roku także to była sensacja. Polak mistrzem świata? To było nie do pomyślenia. Najmocniejsi byli zawodnicy z ZSRR, Finowie, Szwedzi, Norwegowie.

Jak wyglądała ta rywalizacja?

Już po zdobyciu pierwszego, brązowego medalu byłem bardzo szczęśliwy. Później biegłem na 15 kilometrów i miałem numer 73. Startowałem w czwartej grupie, gdzie miałem za rywali czterech mocnych Rosjan. Już w trakcie biegu wiedziałem, że jestem drugi lub trzeci i miałem w głowie, że będzie drugi medal. Wpadłem na stadion, a na zakręcie przed metą trzeba było wyhamować praktycznie do zera. Widziałem wtedy czas, jaki mi pozostał do prowadzącego Jewgienija Beliajewa - to było pół minuty. Pomyślałem, że zdążę. Po wpadnięciu na metę nie wiedziałem jeszcze na pewno czy wygrałem, choć obstąpili mnie z każdej strony dziennikarze. Uwierzyłem dopiero dzień później, jak odegrano mi hymn i w górę poszła polska flaga.

Cała rozmowa w załączonym materiale wideo.