Jakimś zbiegiem okoliczności nawet taka rozklekotana Legia ma tylko punkt straty do lidera i bardzo dużą szansę, że znów będzie numerem jeden.

 

Bez względu na to czy wygra czy nie (o mistrzostwie w tym sezonie zdecyduje pewnie jakiś przypadek) to już teraz wyklarował się w lider w walce o miano największego rozczarowania sezonu. Jest nim w moim odczuciu prezes Legii Dariusz Mioduski. Nie dlatego, że jest w czymkolwiek gorszy od swoich odpowiedników w innych ligowych miast. Ale z powodu ogromnej rozbieżności między oczekiwaniami wobec jego osoby, a tym co zaprezentował. Właśnie Mioduski jawił się przecież jeszcze niedawno jako działacz z innej planety. Podchodzący do tematu ze zdrowym rozsądkiem. Kulturalny, obyty w świecie, wykształcony, z solidnym przygotowaniem biznesowym. Przedstawił piękną wizję pracy długofalowej, przygotowania Akademii, kształcenia młodzieży, stawiania na swoje talenty kosztem przepłacanych zagranicznych najemników. Do tego zamierzał uspokoić transferowe szaleństwa ostatnich lat i związany z nimi chaos. Jak się czytało jego wypowiedzi albo słuchało to jak mawia Darek Szpakowski, ręce same składały się do oklasków. I nie piszę tego z żadnym przekąsem. Ja też prezesowi uwierzyłem.

 

Nie wdając się w omawiane już do złudzenia szczegóły zrobił dokładnie odwrotnie niż zapowiadał. I to w tylu kwestiach, że aż jest to zastanawiające. I nie trafia do mnie argument, że rozliczać z takich rewolucyjnych obietnic to można dopiero po latach. Oczywiście, że nie da się z miejsca wszystkiego wdrożyć. Ale można patrzeć na tendencje, gołym okiem przecież widać w jakim kierunku zmierza polityka klubu.

 

To było aktualne jeszcze przed zwolnieniem Romeo Jozaka. Wywalenie Chorwata, który oczywiście się nie nadawał do tej roli, o czym wiedzieli chyba wszyscy poza prezesem, tylko potwierdza tezę, że obecny właściciel największej piłkarskiej marki w Polsce, dopiero uczy się futbolu. Miota się od ściany do ściany. Brakuje mu konsekwencji, a zwolnienie Jozaka na sześć kolejek przed końcem sezonu, który miał być symbolem odnowy Legii było jak przyznanie się do koszmarnego błędu. Szef Legii musiał zdać sobie sprawę, że postawił na człowieka, do którego nie ma absolutnie zaufania. Pomylił się, źle wybrał. To nie jest przecież tak, że Jozak się wypalił, albo przegrał walkę o tytuł. Legia gra cały czas w podobnym rytmie. Czyli w kratkę. Raz wygrywa, raz przegrywa. Raz potrafi się zmobilizować, innym razem tworzy zlepek zawodników. Tak było na początku ery Chorwata tak było na końcu. Widać było, że prochu nie wymyśli, a jedyne co proponuje to ściągani tabunami zawodnicy tzw. bałkański zaciąg, którzy rzekomo byli niezwykłą okazją na rynku.

 

Jeśli już jednak prezes uznał, że nie miał rozeznania, w kwestii wyboru trenera mocno przestrzelił i zdecydował, że stać go na odprawienie drugiego trenera w sezonie, to aż się prosiło o jakiś wstrząs, kogoś, kto spojrzałby na drużynę świeżym okiem.

 

Kompletnie niezrozumiałe jest w tej sytuacji powierzenie drużyny asystentowi zwolnionego trenera, który razem z Jozakiem odpowiadał za to badziewie, które prezentowała Legia. To jak to jest? Za plecami Romea stał wizjoner, który miał recepty na poprawę gry, ale siedział cicho i nie chciał rodaka drażnić? Deanowi Klafuricowi nic oczywiście nie umniejsza prowadzenie kobiecej reprezentacji Chorwacji w przeszłości. Ale faktem jest, że Legia od lat nie miała trenera z tak marnym CV. To też jest policzek dla wielu polskich trenerów, dla których praca z tym zespołem byłaby spełnieniem zawodowych marzeń. Ale fuchę dostaje facet z... NHK Gorica i NK Udarnik (druga i trzecia liga chorwacka, gdzie pracował wcześniej nowy trener Legii).