Adrian Janiuk: Jest Pan jednym z nielicznych polskich piłkarzy, którzy występowali w lidze australijskiej. Śledzi Pan obecne rozgrywki piłkarskie w Australii?
 
Grzegorz Lewandowski: Oczywiście, że tak! Występują tam dwaj nasi zawodnicy – Adrian Mierzejewski oraz Marcin Budziński. Poza tym mam ogromny sentyment do Australii, więc tym bardziej cieszę się, że polscy gracze są tam obecni. Ponadto „Mierzej” jest, przecież wielką gwiazdą w Australii. 
 
Poziomem liga australijska nie odstaje od naszej Ekstraklasy? 
 
Z pewnością aktualna A-League jest znacznie mocniejsza od National Soccer League, w której mi przyszło występować. Kiedy ja tam grałem, ta liga dopiero raczkowała, jeśli chodzi o pewne kwestie, choć została założona w 1977 roku. Obecnie jednak jest to zupełnie inny poziom niż 17 lat temu. Jestem przekonany, że niejedna z polskich drużyn z czołówki miałaby problemy z zespołami z Australii. Myślę, że Mierzejewski i Budziński to potwierdzą.
 
Australia to bardzo ciekawy kierunek dla piłkarza, który jest u schyłku kariery. Wyjeżdżając na drugą półkulę, Pan również wychodził z takiego założenia?
 
Australia zawsze ciekawiła i przyciągała Europejczyków, a sportowcy nie są wyjątkami. Nie ukrywam, że niesamowicie ciekawił mnie ten wyjazd pod wieloma względami. W tym samym czasie, kiedy ja wyjechałem grać do Adelaide City Force, czyli w 2001 roku, do ówczesnego Sydney United przeniósł się wieloletni reprezentant Chorwacji - Aljosa Asanović. Obecnie jest to bardzo prestiżowy kierunek dla wielkich gwiazd, które są po trzydziestce. Nie tak dawno, przecież Alessandro Del Piero cieszył swoją grą oczy fanów Sydney FC. Teraz słychać głosy, że być może Andres Iniesta zasili jeden z tamtejszych klubów. Kto wie, może w kolejnym sezonie będzie kolegą klubowym Mierzejewskiego?
 
Spędził Pan zaledwie pół roku w Australii. Nie żal było tak szybko stamtąd wyjeżdżać?
 
Żyje się tam zupełnie inaczej niż w Europie, przede wszystkim ze względu na panujący tam klimat. Do tego społeczeństwo jest tam inne. Przede wszystkim doskwierała mi samotność, gdyż Europejczycy są przyzwyczajeni do spotkań z przyjaciółmi. Do tego jestem bardzo rodzinnym człowiekiem. Tam rytm życia był całkowicie inny. Wcześnie rano odbywaliśmy trening, a potem ze względu na upały, było się uwięzionym w klimatyzowanym domu. Brakowało kontaktów międzyludzkich, choć starałem się nawiązywać znajomości przez „dom polski”, bowiem w Australii jest liczna społeczność polonijna. Wtedy tęsknota za Polską była mniejsza, ale mimo to zdecydowałem się na powrót do kraju. Dyrektorem sportowym w moim klubie był Polak, który namawiał mnie do pozostania. Po latach muszę przyznać, że jednak żałuję swojej decyzji o tak szybkim powrocie.
 
Czasu cofnąć się nie da, ale może miał Pan okazję odwiedzić Australię turystycznie?
 
Niestety nie, ale jest to jedno z moich marzeń, żeby odwiedzić jeszcze raz ten piękny kraj. Kiedy tam byłem, myślałem wówczas innymi kategoriami. Już wtedy byłem ustatkowany i niepotrzebne były mi dodatkowe finanse z tytuły gry w tamtejszej lidze. Po latach myślę jednak inaczej. Miałem okazję, żeby kupić dom w Australii, przez polskie biuro nieruchomości. Szkoda, że z tego nie skorzystałem, bo dziś mógłbym jeździć tam na wakacje. Tym bardziej, że z tego co pamiętam, to kupno domu nie wiązało się z wygórowanymi cenami.
 
Przyznał Pan kiedyś, że działacze Adelaide City Force, gdy dowiedzieli się, że zamierza Pan wrócić do Polski to… zabrali pański paszport. Jaka była reakcja na coś takiego?
 
Zabrali paszport i zakomunikowali mi, że nigdzie nie pojadę. Nie miałem wyjścia, dlatego musiałem u nich zostać (śmiech). Gdy skończył się sezon zasadniczy, a my nie zakwalifikowaliśmy się do fazy play-off, dostałem od nich wolną rękę. Może i szkoda, że oddali mi ten paszport (śmiech). Życie pisze różne scenariusze. Może teraz byłbym trenerem jakiegoś australijskiego klubu. Mój kolega Ante Kovacević, który pochodzi z Serbii, jest dziś dyrektorem sportowym Adelaide City.
 
Przechodząc do tematu Adriana Mierzejewskiego, Pana zdaniem ten zawodnik zasłużył, żeby znaleźć się w szerokiej kadrze Adama Nawałki na mistrzostwa świata?
 
Uważam, że absolutnie tak. Przez cały sezon utrzymywał wysoką formę i został przecież najlepszym piłkarzem ligi. Ludzie w Polsce myślą, że liga australijska jest zaściankiem, ale są w błędzie. Podkreślę jeszcze raz, że gdyby doszło do konfrontacji najlepszej drużyny z Australii z mistrzem Polski to wynik nie byłby taki oczywisty. Mówienie, że Mierzejewski decydując się na transfer do Sydney FC wybrał się na emeryturę mija się z prawdą. Owszem gracze z Europy, którzy podpisują kontrakt z tamtejszymi klubami z reguły są już po trzydziestce. On swoją postawą udowodnił, że w jego przypadku na pewno nie jest to „emeryturka”. To zawodnik, który wciąż ma wiele do zaoferowania i dlatego powinien dostać szansę.
 
Patrząc na statystyki (31 meczów, 14 goli i 10 asyst – przyp.red.) tego zawodnika, trudno w naszej kadrze znaleźć pomocnika, który zbliżyłby się do tych liczb.
 
Wiadomo, że trener Nawałka ma swoich pewniaków do wyjazdu na mundial, ale dziwię się, że w okresie selekcji „Mierzej” nie otrzymał choćby pół szansy. Sezon w Australii skończył się już jakiś czas temu, więc mógłby przez dłuższy czas przygotowywać się w Polsce, więc nie byłoby żadnego problemu z aklimatyzacją. Osobiście żałuję, że Mierzejewski nie dostał zaproszenia na zgrupowania w Juracie oraz w Arłamowie, bo sądzę, że przydałby się naszej drużynie narodowej. 
 
W 1996 roku miał Pan okazję wystąpić w meczu przeciwko gospodarzom tegorocznych mistrzostw świata. Jakie wspomnienia, poza wynikiem (Biało-Czerwoni przegrali 0:2 – przyp.red.) wiążą się z tamtym spotkaniem?
 
W momencie, gdy wylądowaliśmy to byliśmy wręcz przerażeni widokiem ówczesnej Rosji. Przepraszam, ale w moim odczuciu był to wówczas kraj niecywilizowany. Na szczęście dla uczestników mundialu oraz rzecz jasna samych Rosjan, największe państwo świata bardzo się zmieniło. Dzisiejsza Rosja dogania zachód i widać to było po Igrzyskach Olimpijskich w Soczi. Sądzę, że mundial, który zbliża się wielkimi krokami może być zorganizowany z wielką pompą, bo Rosjanie będą chcieli pokazać się z jak najlepszej strony.
 
Jak ocenia Pan grupę, w której Polakom przyjdzie rywalizować?
 
Kolumbijczycy, Japończycy i Senegalczycy zarówno kulturowo, jak i mentalnie to zupełnie inne nacje. Mamy niesamowitą mieszankę kulturową w grupie H, więc na pewno będzie ciekawie, ale możemy spodziewać się dosłownie wszystkiego. Zagraliśmy kilka sparingów z zespołami teoretycznie zbliżonymi do naszych rywali, ale na mundialu będą to zupełnie inne mecze. Cała trójka, z którą przyjdzie nam się mierzyć w Rosji, to przeciwnicy bardzo niewygodni dla europejskiej drużyny. Szkoda, że nie trafiliśmy na chociaż jedną ekipę z naszego kontynentu.
 
Nie wypominając wieku, ale w tym roku skończy Pan 49 lat, a mimo to wciąż jest Pan czynnym zawodnikiem. Kiedy zamierza Pan zająć się już tylko trenerką?
 
W moim obecnym klubie Pogoni Lębork pełnię „jedynie” rolę szkoleniowca, ale grywam jeszcze na poziomie klasy A. Nie zarejestrowałem się w związku, aby móc występować w IV lidze, bo miałem takie założenie, żeby nie zabierać miejsca młodym graczom. Teraz trochę tego żałuję, ponieważ mógłbym grać w razie potrzeby, np. gdyby któryś z zawodników wypadł przez kontuzję. Jeżeli będę pracował w Lęborku w kolejnym sezonie, to już tego błędu nie popełnię, bo grając  w sparingach dawałem sobie radę na poziomie IV ligi. Tym bardziej, że moi podopieczni mnie do tego namawiali.