Obecnie w męskiej siatkówce w naszym kraju karty rozdają niewątpliwie PGE Skra Bełchatów, ZAKSA Kędzierzyn-Koźle i ze zmiennym szczęściem Asseco Resovia Rzeszów, Jastrzębski Węgiel i Trefl Gdańsk. Nie brakuje oczywiście innych ekip, które próbują zapukać do ligowej czołówki, tak jak np. Indykpol AZS Olsztyn, czy wielce prawdopodobne, że już niedługo także Stocznia Szczecin. Ogólnie w ostatnich latach przed każdym sezonem ciężko jest przewidzieć, które z tych zespołów, a może ktoś zupełnie inny awansuje do strefy medalowej rozgrywek, bowiem chętnych jest więcej niż miejsc.

 

Kiedyś było zupełnie inaczej. W latach 2003-2008 panowała era tzw. Wielkiej Czwórki, a więc kwartetu zespołów, które niepodzielnie rządziły na krajowym podwórku, między sobą rozdając najważniejsze trofea. Do tego grona należały Skra Bełchatów, Jastrzębski Węgiel, AZS Olsztyn i AZS Częstochowa. Głównie to ci pierwsi zgarniali najwięcej łupów, ale nie zmienia to faktu, że długo przed rozpoczęciem rozgrywek było jasne, że pierwsze cztery lokaty są właśnie zarezerwowane dla tych ekip. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, aby ktokolwiek inny mógł przedzielić to towarzystwo. Prawdziwe emocje zazwyczaj zaczynały się dopiero od fazy półfinałowej.

 

Oczywiście można byłoby cofnąć się jeszcze bardziej i przypomnieć sobie kapitalne konfrontacje dawnego Mostostalu Kędzierzyn-Koźle z Galaxią AZS Częstochowa na przełomie wieków. Wówczas nieoficjalnie wszyscy zainteresowani doskonale wiedzieli, że finał jest zarezerwowany dla tych dwóch klubów, a reszta może jedynie powalczyć o brązowy medal. Skupmy się jednak na wspomnianym okresie 2003-2008 i przypomnijmy sobie kto biegał, a w zasadzie skakał na parkietach dawnego PLS-u.

 

PLS, a więc Polska Liga Siatkówki. Stare, dobre czasy dla wielu kibiców, zawodników, trenerów oraz klubów. Rozgrywki przez wiele lat były toczone w niezmiennym systemie 10-zespołowym z tradycyjną fazą play-off po rundzie zasadniczej, w której rywalizowała czołowa ósemka na zasadzie 1-8, 2-7, 3-6, 4-5.

 

Sezon 2003/2004 – Jastrzębie wzniosły się najwyżej. „Hej, heja Bełchatów mistrzem w… hokeja”

 

Po 18. kolejkach rundy zasadniczej liderem został Ivett Jastrzębie Borynia, które o jeden punkt wyprzedziło Skrę Bełchatów. Na trzecim miejscu uplasował się PZU AZS UWM Olsztyn, natomiast czwartą lokatę zajął Pamapol AZS Częstochowa.

 

W I rundzie play-off bełchatowianie i olsztynianie potrzebowali zaledwie trzech spotkań, aby wyeliminować odpowiednio AZS Politechnikę Warszawa oraz będący u schyłku swojej świetności Mostostal Azoty Kędzierzyn Koźle. Po czterech meczach kosztem Stali Nysa awansowało Jastrzębie. Najwięcej problemów miał częstochowski AZS, który wygrał w Hali Polonia dwie pierwsze konfrontacje z KP PE Sosnowiec dopiero po tie-breakach. W rewanżu sosnowiczanie mieli więcej szczęścia i doprowadzili do piątego starcia pod Jasną Górą. W nim podopieczni Edwarda Skorka i Stanisława Gościniaka wygrali 3:1 i jako ostatni zameldowali się w półfinale.

 

To co działo się w półfinałach mogło rozgrzać do czerwoności nawet najbardziej wybrednego kibica. To była prawdziwa esencja siatkówki w ligowym wydaniu. Ivett Jastrzębie trafiło na AZS Częstochowa. Po dwóch pierwszych meczach w kameralnej jastrzębskiej hali stan rywalizacji brzmiał 1:1. To premiowało Akademików, którzy liczyli, że w Hali Polonia przypieczętują czwarty awans do finału z rzędu. Faktycznie, wszystko układało się dobrze do pewnego momentu. W trzecim starciu śp. Arkadiusz Gołaś i spółka pokonali swoich rywali 3:1. Nie trzeba mówić, że dzień później obiekt przy ul. Dekabrystów wypełnił się po brzegi. Częstochowianie po trzech setach prowadzili 2:1, ale ekipa Igora Prielożnego nie zamierzała składać broni. Rzutem na taśmę udało im się doprowadzić do tie-breaka, a w nim po grze na przewagi ostatecznie zwyciężyć.

 

W piątym decydującym starciu hala w Jastrzębiu pękała w szwach, panował istny kocioł. Nie było o to jednak trudno, wszak ów obiekt był naprawdę kameralny i śmiało można byłoby użyć tutaj określenia „eufemizm”. – Nazywaliśmy ten obiekt żartobliwie Madison Square Garden – śmiał się Krzysztof Gierczyński, przyjmujący AZS-u.

 

Walka w meczu o finał trwała na całego. Po trzech partiach na tablicy świetlnej biało-zieloni prowadzili 2:1, ale gospodarzom udało się wyrównać. Tie-break przeszedł już do historii PLS-u. Goście osiągnęli już rezultat 10:5 i wydawało się, że pewnie wygrają. Prielożny poprosił wówczas o czas, który okazał się być zbawienny. Częstochowianie jakby stanęli nieruchomo, natomiast jastrzębianie zaczęli mozolnie odrabiać straty, ostatecznie zwyciężając 15:13!

 

Drugi półfinał to także pięć elektryzujących spotkań pomiędzy Skrą Bełchatów i AZS-em Olsztyn. Już pierwsze starcie pokazało, że emocji nie zabraknie. Bełchatowianie prowadzili w setach 2:0, aby finalnie przegrać 2:3. Zrehabilitowali się jednak dzień później, wygrywając 3:0.

 

W stolicy Warmii i Mazur znowu pierwszy mecz należał do AZS-u, ale następnego dnia Skra okazała się lepsza. To oznaczało decydujący bój w centralnej Polsce. Jakże miałoby być inaczej – piąty mecz musiał oznaczać pięć setów. Zagumny i jego ekipa wygrała 15:13 i zameldowała się w finale.

 

O ile półfinały dostarczyły niesamowitych emocji, tak walka o złoto była nieco jednostronna. W pierwszych dwóch meczach w Jastrzębiu ekipa olsztyńska wygrała tylko jednego seta. Więcej dramaturgii było na północy kraju, gdzie AZS postawił twardsze warunki. Hala Urania domagała się lepszej postawy od swoich siatkarzy, ale nie była ona na tyle dobra, aby ujarzmić rywali. Ci wygrali po tie-breaku i pierwszy raz w swojej historii mogli świętować mistrzostwo Polski. Pierwsze skrzypce grali wówczas Radosław Rybak oraz Piotr Gabrych, który został wybrany MVP całego sezonu.

 

 

O wiele ciekawiej było w meczach o trzecie miejsce, w których Skra wygrała pierwsze dwa spotkania na własnym parkiecie, ale dwukrotnie poległa w Częstochowie. W piątym starciu znowu w lepszej pozycji wyjściowej byli zawodnicy Ireneusza Mazura, którzy prowadzili w setach 2:0. W składzie AZS-u byli jednak wówczas tacy siatkarze jak Grzegorz Szymański i Michał Winiarski, którzy ze swoimi kompanami odrobili straty i sięgnęli po brązowe krążki. Ten drugi chwilę później śpiewał z radości „Hej, heja Bełchatów mistrzem w hokeja!”.

 

Pierwsza „czwórka” PLS w sezonie 2003/2004:

 

1. Ivett Jastrzębie Borynia

2. PZU AZS UWM Olsztyn

3. Pamapol AZS Częstochowa

4. Skra Bełchatów

 

Sezon 2004/2005 – Początek bełchatowskiej ery

 

Sezon 2004/2005 zapoczątkował nową erę, która trwała bardzo, bardzo długo w polskiej siatkówce. Swoją potęgę stworzyła bowiem Skra Bełchatów, która pozyskała m.in. Piotra Gruszkę, Andrzeja Stelmacha, Roberta Szczerbaniuka, Damiana Dacewicza, natomiast objawieniem okazał się być młodziutki Mariusz Wlazły.

 

Po rundzie zasadniczej bełchatowianie tylko o jeden punkt wyprzedzili Pamapol Domex AZS Częstochowa. Trzecie miejsce przypadło PZU AZS Olsztyn, a czwarte zajęli mistrzowie Polski z Jastrzębia.

 

W I rundzie play-off obyło się bez żadnych niespodzianek. Czołowa czwórka wygrała ze swoimi rywalami w trzech starciach i w komplecie zameldowała się w półfinale. W zmaganiach o finał Skra w czterech meczach uporała się z jastrzębianami, którzy tym samym nie dali rady powtórzyć sukcesu sprzed roku. Dla wielu siatkarzy z Bełchatowa nie był to już pierwszy taki moment, ale dla samego klubu wielce historyczny, bowiem pierwszy raz udało się awansować do wielkiego finału.

 

Rywalem ekipy Ireneusza Mazura był PZU AZS Olsztyn, który na swojej drodze pokonał AZS Częstochowa. Najwięcej emocji dostarczyło pierwsze starcie w Bełchatowie, które zakończyło się tie-breakiem na korzyść gospodarzy. W dwóch następnych meczach podopieczni Grzegorza Rysia nie byli nawet w stanie ugrać seta.