Do malowniczej miejscowości Bissendorf-Wietze jedzie się z Hanoweru nie dłużej niż pół godziny. To nieopodal drogi szybkiego ruchu, ale w całkowitej ciszy. Uliczka domków przyklejonych do ściany wielkiego lasu zwłaszcza jesienią robi wrażenie. Dojeżdżając do posesji Władysława Kozakiewicza, mistrza olimpijskiego z Moskwy, który zasłynął gestem pokazanym radzieckiej publiczności, od razu wiadomo, kto mieszka w pięknym biało-szarym domu. Przed bramą stoi samochód z tablicą rejestracyjną zdradzającą inicjały „WK”. Drzwi otwiera nam jak zwykle pełen wigoru gospodarz, oprowadza po obejściu, z dumą pokazuje pielęgnowany przez siebie ogród. A później, serwując kawę, zaprasza nas na długą pogawędkę.

 

 

Muszę zapytać na początku o Twoją kontuzję. Kolano po operacji, noga wyciągnięta do przodu…

 

- Tak, w końcu trzeba było zrobić operację, bo z roku na rok coraz bardziej kuśtykałem. Wiadomo od czego to kolano, w końcu sport to zdrowie. Tysiące ton na plecach i jeszcze więcej oddanych skoków, więc trzeba było kolano naprawić już nie tylko przy pomocy artroskopii, ale wymienić na sztuczne. Zdecydowałem się zrobić to teraz. Inna sprawa, że doznałem lekkiej kontuzji w trakcie kręcenia programu „Lepiej późno niż wcale” w Polsacie przez totalny przypadek i to zdecydowało, że jeśli coś robić to iść na całość. Hi-tech taki, że hej! To już nie jest to, co dawniej się robiło. Jestem 10 dni po operacji, więc muszę jeszcze trochę uważać, aby nie przeciążyć tej nogi.

 

Jak Ci się tutaj żyje? Przybywasz do Polski dość regularnie, natomiast o Twoim życiu w Niemczech niewiele wiemy. Będąc tu od kilkudziesięciu minut mogę powiedzieć: żyje Ci się bardzo spokojnie.

 

- Tak. Zawsze to mówię. Ludzie mnie pytają, jak się żyje w Niemczech, jak tutaj jest. Po prostu jest spokojnie. Mając pracę i nie żyjąc ponad stan, bo nie jestem w stanie tak jak Siergiej Bubka, który zarobił kilka milionów dolarów, żyć w Monte Carlo. To nie ten czas, nie mam długów takich, aby mnie męczyły, nie muszę zwracać na to uwagi. Żyje mi się spokojnie, nikt mnie nie męczy i nie ściga, pracując razem z żoną możemy sobie żyć w spokoju w pięknej dzielnicy obok Hanoweru. Jest tu las, domki, małe uliczki. Wychodząc z domu mam las po drugiej stronie ulicy, mam karmnik dla wiewiórek w swoim ogrodzie, bo tak często przychodzą. Krótko mówiąc sielanka, przyjemnie, cicho i spokojnie. Pełna natura tylko kolano jeszcze musi się zreperować.

 

Jak wyglądały Twoje pierwsze lata, bo ten przyjazd tutaj wiązał się z pewnym kontrowersjami. Jak to się wszystko zaczęło? Wracasz do tych chwil chętnie?

- Nie za bardzo. Nie wracam, bo to był bardzo chaotyczny okres w moim życiu, nie wiedziałem jeszcze, co ze sobą zrobić. Będąc jeszcze w Polsce skakałem mimo wszystko najwyżej wśród moich rodaków, miałem swoje lata, czasem coś bolało i strzykało. W 1984 roku mógłbym zdobyć medal na igrzyskach w Los Angeles i kiedy prezes polskiego związku powiedział do mnie: „Władek, a co Ty żeś dla Polski zrobił?”, zastanawiałem się, czy może jestem już w innym, obcym kraju. Uznałem, że mogę już korzystać z nazwiska Kozakiewicz, a że Polsce nie bardzo chciano nas wypuszczać, w pewnym momencie wyjechałem bez zgody polskiego związku na mityng, akurat tutaj w Hanowerze. Mieliśmy nowego trenera pana Szymczaka, który powiedział nam na wstępie, że on jest naszym trenerem i to on będzie o nas decydował. Dwóch mistrzów olimpijskich, którzy w życiu już wszystko zrobili, a on nam będzie mówił, czy my gdzieś wyjedziemy na zawody. Na zawodach już się zarabiało poważniejsze pieniądze od 1000 dolarów w górę, więc jak się siedziało w domu to człowieka brała złość, że któryś z działaczy nie chce nas wypuścić. Powiedzieliśmy, że sami sobie będziemy trenować, a trener kadry nie jest nam potrzebny, więc pojechałem na te zawody.

 

I zostałeś.

 

- No tak. Tyczki na dach i pojechałem na ten mityng, bo miałem zaproszenie. W czasie tych zawodów zostałem zdyskwalifikowany i kazano mi wracać. Organizatorzy powiedzieli mi, że nie mogę wystartować, bo zostałem wykluczony przez własny związek, ja pytałem dlaczego, aż w końcu brat mi powiedział, żebym nie wracał, bo zabrano mi w Polsce wszystko. Czekałem wtedy w hotelu na decyzję i po jakimś czasie wiedziałem, że nie mam do czego wracać do kraju, zrobiła się afera, różnie mnie wtedy nazywano. Nie chciałem iść do więzienia. Powiem szczerze, że wtedy tak to wyglądało. Długo mnie szykanowano, Polacy nie byli mi przychylni, ale będąc w hotelu w Hanowerze zgłosił się do mnie trener z tego miasta Edward Kowalczuk i powiedział mi, że mogę startować u nich w klubie. Startowałem tam na polskich papierach, na rodzimym paszporcie. Ominąłem kary i dyskwalifikacje i po roku - przy pomocy niemieckiej rodziny mojej żony - dostaliśmy niemieckie obywatelstwo. Powiem z przekąsem, że jak pani w urzędzie wręczała mi paszport, mówiła: „U Pana widzę czysta nordycka rasa”. A ja jej na to: „Tak, spod Wilna”. Od tego czasu nie było żadnego problemu, wszystkie moje dyplomy zostały uznane i rozpocząłem normalną pracę najpierw zawodnika, potem trenera, a na końcu nauczyciela.

 

 

Czy w Niemczech, tak jak w Polsce przy każdej rozmowie z Tobą pada fundamentalne pytanie o gest Kozakiewicza w Moskwie?

 

- Nie tak jak w Polsce, dlatego, że w naszym kraju byłem tym, który zdobył złoty medal w Moskwie, dodatkowo pokazał to właśnie publiczności radzieckiej i faktycznie w tym czasie byłem bardzo popularny. W mojej głowie też wtedy siedziało, dlaczego nie mogę czegoś zrobić będąc najlepszym sportowcem w swojej dziedzinie w Polsce i na świecie. Z miłą chęcią przyjęto mnie do niemieckiego klubu i to też była sytuacja, gdzie do Moskwy nie pojechali niemieccy zawodnicy ze względu na amerykański bojkot krajów zachodnich. To przeszło dalej do 1984 roku, gdzie my nie pojechaliśmy do Los Angeles, więc było o tym głośno. Byłem pokazywany jako ten, który mimo sportowego wyczynu miał w sobie jakąś polityczną złość. Oczywiście więcej dodawano do tego niż było w rzeczywistości. Gdyby w Moskwie na mnie nie gwizdali, to prawdopodobnie nie pokazałbym tego gestu, a człowiek zawsze jest rozemocjonowany, kiedy ktoś na niego gwiżdże. Byłem w świecie sportowym rozpoznawalny, także na samym początku to była moja łatwość, tak samo jak Lewandowski jest popularnym piłkarzem w Niemczech, tak ja byłem popularnym lekkoatletą. Oczywiście lekkoatletyka nie jest tak budzącym zainteresowanie sportem, ale jeśli chodziło o telewizję i wypowiedzi polityczno-sportowe, to też brałem w tym udział. W Niemczech musiałem pokazać się z innej strony - jako trener i wychowawca młodzieży. Później to była moja normalna praca.

 

Jak się przekazuje młodzieży warsztat mistrza olimpijskiego? Czujesz, że trzeba to przekazać następnym pokoleniom?

 

- Przypuszczam, że jeśli chodzi o młodzież, to nie ma różnicy między Polską a Niemcami. W ostatniej dekadzie jestem bardzo często w Polsce, więc może popularność, nie wiem skąd ona się bierze, może wspomina się bardziej tych dinozaurów takich jak ja. Młodzież jest podobna, ale dlaczego dostałem pracę w szkole? Tam chcieli kogoś, kto mógłby zrobić lekkoatletykę w gimnazjum, bo na początku byłem trenerem. W szkole popracowałem parę lat i wtedy sam sobie powiedziałem: jestem nauczycielem. Ta trenerka była całkiem niezła, ale przyjemność pracy w szkole z uczniami nawet niekiedy otyłymi, którzy spełniali się w sporcie, dawała mi po prostu więcej. Nie musiałem nikogo gonić do tego, aby miał wyniki, co występuje na treningach w klubie. W klubie odpowiadasz za wyniki sportowe, a co możesz zrobić, jeśli po treningu zawodnik idzie na kilka piw i na drugi dzień przychodzi lekko zawiany na trening. Z grupą uczniów, których mam w szkole, muszę sprawić, by się ruszali. To strasznie. Największą satysfakcję mam z tych najsłabszych. Może to jest śmieszne, ale jak męczyłem otyłego ucznia od piątej do siódmej klasy, aby zrobił przewrót do przodu, w końcu mu się to udało. Jaką ja miałem satysfakcję, a on jeszcze większą. To mi pokazało, że nie trzeba mieć nie wiadomo jakich rekordów tylko fajnie jest przekonywać ludzi, że sport ma sens. W szkole są zupełnie inne potrzeby, czasem im mocniejsze zajęcia im dawałem, tym bardziej byli zadowoleni. Czasem nawet ryzykownie prowadziłem zajęcia ze skoku o tyczce i każda klasa chciała to robić. To jest przyjemność dla tych uczniów, a mało który nauczyciel chciał to robić ze strachu, że coś się mogło stać.

 

 

 

Mam wrażenie, że jesteś bardzo otwarty, przyjazny dla ludzi w stosunku do nich nawet gdy z pozycji nauczyciela coś egzekwujesz. Wiedząc, że Twoje dzieciństwo nie było łatwe może teraz trochę próbujesz dać to czego sam nie dostałeś. Jest coś w tym?

 

- Na pewno. Moje życie było skomplikowane na początku, nie było łatwo w domu, nawet też w szkole, bo zawsze byłem „ruskiem”, który przyjechał spod Wilna. Trzeba było się ścierać z różnymi przeciwnościami. Później to się oczywiście zmieniło, im więcej było sportu w moim życiu, tym bardziej byłem szczęśliwy. Pokazywałem swoją wartość poprzez sport.

W mojej szkole w Niemczech wiedzieli, że jestem mistrzem olimpijskim, młodzież wiedziała kim jestem, ale to nie było najważniejsze. Najważniejsze było, że pokazywałem im coś, dzięki czemu mogli poczuć się szczęśliwi. Na przerwach dzieci same podchodziły do mnie i pytały, kiedy będę uczył ich wf-u.

 

 

 

Twoje relacje z sąsiadami i bliskimi? Jaki jest człowiek legenda w życiu prywatnym?

- Jest różnie. Też narzekam na sąsiadów, bo nie każdy jest taki fajny. W ostatnim miejscu zamieszkania mieliśmy słabego sąsiada, niemiecka rodzina. To jest przypadkowe, ale robili wszystko, co mogli, aby mnie zgnębić. Na policji musiałem się tłumaczyć, że po ogródku chodzę nago, co było nieprawdą. Miałem też sąsiada, któremu liście z mojego drzewa spadały na działkę, ale z drugiej strony był już fajny sąsiad. To nie jest tak, że wszędzie było przyjemnie, bo byłem mistrzem olimpijskim. Dla nich było wszystko jedno, kim byłem. Wszyscy się raczej przyjaźniliśmy po sąsiedzku, w tym domu mieszkam od roku i wszyscy sąsiedzi są do nas bardzo przychylnie nastawieni i to jest też nie tylko moja zasługa, ale także mojej żony, która jest tutaj rehabilitantką. Jest znana z własnej praktyki. Odczuwam szacunek, że coś w życiu zrobiłem.

Mało mamy przyjaciół z Polski, głównie jest to rodzina mojej żony. Kiedy zbierzemy wszystkich z moim zięciem, mamy kilkanaście osób przy stole wigilijnym. Nie mam zbyt wielu polskich przyjaciół, bo parę razy zostałem oszukany właśnie przez Polaków. Najpierw im pomagałem, a na końcu zostawałem z niczym i jeszcze byłem obrażany. Głupio mi o tym mówić, ale zawsze widzę, że mieszkańcy innych krajów zbierają się razem, każdy za każdego trzyma kciuki, stoją za sobą murem, a u nas tego nie ma. Pomagasz komuś, a on ci jeszcze świnię podłoży. Nie mogę tego zrozumieć.

 

Jak wygląda Twój dzień wyłączywszy aktualną kontuzję?

 

- Od pięciu lat nie trenuję już młodzieży tylko pracuję w szkole. Wstaję rano na pierwszą godzinę lekcyjną dojeżdżam 50 kilometrów w jedną stronę do swojej placówki. Najpierw idę z psami na spacer, robię kawę, śniadanie dla żony. W szkole jestem do 15. Za dużo się nie ruszam, ale trzymam linię. To mój normalny dzień, po przyjściu ze szkoły znów wychodzę na spacer z psami i przeważnie siedzę w domu. Od czasu do czasu mamy spotkania rodzinne, w tej miejscowości mieszka moja córka, zięć i dwie wnuczki, więc możemy się odwiedzić na piechotę. Oczywiście żyjemy naszym, trochę polskim stylem w Niemczech, więc wartość tego jest jeszcze większa. Żyjemy w landzie protestanckim, więc nie ma takiego celebrowania i zwyczajów jak w Polsce, ale Niemcy są zachwyceni sposobami, w jaki można spędzać święta.

Żyje nam się spokojniej, czas inaczej leci, wszystko jest ułożone i nie ma chaosu, że coś jest niezrobione. Tu wreszcie mam całkowity spokój, pełen luz i muszę powiedzieć, że na to czekałem bardzo długo. Chciałem dociągnąć do takiego momentu, gdzie będę całkowicie szczęśliwy i jest to właśnie teraz, mając w życiu wszystko, czego chciałem. Nie muszę się o nic martwić, jesteśmy z żoną razem od 42 lat, dzieci rosną, mam dwie wnuczki, wszyscy mają dobre prace i możliwości. Mam wszystko.