Jorge lubi ludzi. Troszczy się o każdego odwiedzającego muzeum niczym o członka rodziny. Dla pomysłodawcy tego projektu – trzykrotnego mistrza świata w Moto GP – Hiszpana Jorge Lorenzo, Jorge jest kolegą ze szkolnej ławy i prawdziwym przyjacielem. A nikt z taką czułością nie będzie przyjmował zbzikowanych fanów sportów motorowych z całego globu jak twój dobry kolega, który ceni cię jako człowieka. I którego zna zanim zostałeś sławą wyścigów… Niezależnie czy przekraczasz próg muzeum pod osłoną grudniowego wieczoru czy dotykasz kombinezonu Jima Clarka w blasku wschodzącego słońca, Jorge przyjmie cię jak swojego. A jeżeli jeszcze masz poczucie humoru i odpowiesz na jego zaczepne, acz subtelne pytanie dotyczące historii F1 lub wyścigów szosowych, znajdziesz się w siódmym niebie. „Jak nazywał się kierowca, który pośmiertnie został mistrzem świata Formuły 1?” – zapytał mnie Jorge kiedy Andorra la Vella układała się do snu. „Proszę o trudniejszy zestaw pytań… Austriak Jochen Rindt, zginął na Monzy w 1970 roku i w tymże samym roku został pośmiertnie mistrzem świata Formuły 1” – odparłem. „Bądź moim gościem…” – Jorge uśmiechnął się w stylu dalekim od szelmowskiego i otworzył podwoje cudownego świata. Muzeum istnieje od grudnia 2016 roku, ale skarby, które można obejrzeć na drugiej kondygnacji sprawiają, że umysł i dusza przenoszą się wehikułem czasu o circa 70 lat…

 

 

Barry Sheene miał rację

 

Po przekroczeniu progu muzeum roześmiany i wygłodniały wzrok wędruje automatycznie w prawą stronę. Tuż za drzwiami uwagę przybysza przykuwa podświetlane, schowane za subtelną szybą zdjęcie Barry’ego Sheene’a. Barry – dwukrotny mistrz świata (1976 i 1977) w wyścigach szosowych w klasie 500 centymetrów sześciennych (odpowiednik dzisiejszej klasy królewskiej Moto GP) zasłynął wieloma cytatami, lecz Jorge Lorenzo do gustu przypadła wybitna sentencja legendarnego brytyjskiego motocyklisty. „Nie czekaj na twój statek aż podpłynie do brzegu. Wskocz do wody i zmierz się z bestią” – głosi napis pod uśmiechniętym obliczem Barry’ego. Sheene był fenomenem w skali światowej. Przyjaźnił się i bawił do białego rana z Jamesem Huntem, Ringo Starrem i Georgem Harrisonem. Jego dusza zamieszkiwała w bolidzie Formuły 1, w wieży Babel (mówił biegle czterema językami) i pomiędzy strunami gitary, czasem lekko drzemiąc u stóp perkusji…

 

Ze złotą maksymą Sheene’a zgadza się trzykrotny indywidualny mistrz świata na żużlu – Tai Woffinden. „W każdym czempionie tkwi coś tak trudnego do określenia. Głęboko w nas tkwi pragnienie wiecznej eksploracji i wejścia dziewiczą drogą na szczyt. Czasami ta żądza zwycięstwa nie pomaga, wręcz niweczy ogromny wysiłek… Istotne, żeby posiadać ten dar i go w sobie pielęgnować. Nie przegap łódki to wspaniała, krwista metafora Barry’ego Sheene’a, który dla kilku pokoleń Brytyjczyków jest ikoną motocyklizmu. Kariera Sheene’a jest dowodem na to, że można być wybitnym w swoim fachu, zachować czar i smakować życie na wielu płaszczyznach…” – wyznał grający na didgeridoo i pianinie Tai Woffinden, najwybitniejszy żużlowiec w historii Wysp Brytyjskich.

 

 

Sheene odcisnął gigantyczne piętno nie tylko na spadkobiercach wyścigowych tradycji z mglistej Anglii. Sam fakt, że zawodnik, który dziś walczy o laury w Moto GP – Hiszpan Jorge Lorenzo – umieścił jego motto w tak integralnej części muzeum, wiele znaczy. Barry to kwintesencja rock & rolla, ale również, co może brzmi paradoksalnie – perfekcyjnego przygotowania do zawodów. Fakt, że Barry nauczył się władać językiem japońskim ilustruje jak bardzo zależało mu na znalezieniu wspólnego narzecza z inżynierami z Kraju Kwitnącej Wiśni. Zarazem stwarzał sobie delikatną i subtelną przewagę nad konkurentami, którzy posiadali mniejszy zakres wiedzy inżynieryjnej. I pomyśleć, że we wczesnej młodości Barry występował w inscenizacji opery „Tosca” Giacomo Pucciniego. Rzecz jasna, obsadzono go w roli niepokornego zakapiora. „Chuligan to wprost wymarzona rola dla mnie. Lubię być niepokorny, kocham wątpić i gwiżdżę na konwenanse. Na jednej sceniez wielką divą Marią Callas – większość kumpli zazdrościła mi tej konfiguracji” – zwykł mawiać znakomity brytyjski motocyklista.

 

Jorge – kustosz muzeum – nie przestawał zatapiać się w fascynującej historii, na stół powędrowały wiktuały klasyczne dla Katalończyków (językiem urzędowym Andory jest kataloński), w części barowej słychać było odgłos motocykla Marca Marqueza… Wyśniony anturaż…

Barry Sheene przestał być prawiczkiem w wieku 14 lat. Wkroczył w nowy wymiar doznań przez uchylone drzwiczki do kościelnej krypty. Do tej istotnej dla młodego chłopca czynności wystarczył mu… zakurzony stół bilardowy! Dziś 14-letni mistrz świata juniorów w motocrossie w klasie 85 centymetrów sześciennych – Amerykanin Caden Braswell – to okaz ascety klikającego w telefon komórkowy… Kiedy Barry Sheene lizał rany po rozległych obrażeniach na skutek wypadków, jego ulubioną metodą rehabilitacji było „zaproszenie do łóżka wygimnastykowanych pań”! Gdy Barry zaliczył solidnego „dzwona” na torze Daytona przy prędkości 175 mil na godzinę, pielęgniarki drżały o jego życie. A Sheene, tuż po przebudzeniu, ni stąd ni zowąd poprosił jedną z nich o… papierosa. Barry palił od dziewiątego roku życia. Nie zważał na fakt, że cierpi na astmę. Wymarzonym podarunkiem dla płuc na drugie śniadanie było kilka papierosów marki „Gauloises”… To nic, że w Daytona złamał nogę, sześć żeber, nadgarstek i obojczyk – czarującym sposobem na złapanie oddechu było puszczenie dymka.

 

Aktualny mistrz świata w supercrossie, Amerykanin Jason Anderson przyznał w Andorra la Vella, że „offroad jest czarodziejski, ale wyścigi szosowe to kwintesencja rywalizacji”. Zapytany kim pragnąłby zostać w drugim życiu, Jason, pochodzący ze stanu Nowy Meksyk, mawia, że oddałby wiele, aby być jednym z muzyków „The Beatles”. A zatem Anderson też pozazdrościł Barry’emu Sheene’owi bliskiej zażyłości z Ringo Starrem i Georgem Harrisonem…

 

Bartosz Smektała, który oddałby koronę indywidualnego mistrza świata juniorów na żużlu za tak wspaniałą karierę jaką miał Leigh Scott Adams – fenomenalny stylista, który nigdy nie został mistrzem świata (zdobył srebro Speedway GP w 2007 roku). „Smyk” jak nazywają Smektałę fani Fogo Unii Leszno i najbliżsi – to wielki fan talentu Valentino Rossiego. Vale bezsprzecznie zasłużył na miano legendy, ale Bartosz też skłania się ku tezie Sheene’a. „Nie przeocz odpływającego promu. W sporcie nie czekaj na drugą szansę, bo ona nie musi pojawić się na horyzoncie” – mądre słowa Barry’ego. Przeto Bartosz Smektała nie chce zmarnować życiowej szansy i za rok spróbuje powalczyć o drugi złoty medal w kategorii juniorów. Żaden Polak jeszcze nie dokonał tejże sztuki. Dwukrotnie rok po roku triumfowali: Rosjanin Emil Sajfutdinow (2007 i 2008) i Australijczyk Darcy Ward (2009 i 2010), ale polski żużlowiec nie zakładał jeszcze podwójnej korony w rywalizacji zawodników do lat 21. A za rok gala FIM Awards odbędzie się 1 grudnia w Monte Carlo. Żal byłoby przegapić tak wytworny wieczór w miejscu, w którym na zakręcie Rascasse Michael Schumacher postawił bolid w poprzek podczas kwalifikacji w 2006 roku, chcąc udaremnić wykręcenie najlepszego czasu Hiszpanowi Fernando Alonso…

 

 

 

Barry Sheene, jak przystało na wielką postać światowego sportu, też nie stronił od kontrowersji. W 1979 roku podczas GP Wielkiej Brytanii na torze Silverstone Barry wyprzedził najgroźniejszego rywala – Amerykanina Kenny’ego Robertsa przy prędkości 180 mil na godzinę. Barry nie potrafił ukryć radości, więc w ekstazie ułożył palce lewej dłoni w kształcie litery V (zwycięstwo), aby odebrać rywalowi szczyptę nadziei na rewanż. Nic z tych rzeczy: Kenny Roberts wyprzedził go na mecie o 3 setne sekundy. Sheene nie rozpaczał. Ważne, że dał upust radości i doprowadził przeciwnika do wściekłości…

 

Tylko nie mów mamie!

 

Kontrowersyjni, pełni namiętności i spontanicznych gestów z piekła rodem… Mistrzowie dwóch kółek noszą w sobie spore pokłady wrażliwości. Taki urok geniuszy… Martyn Ogborne, długoletni mechanik Barry’ego Sheene’a, prowadził dość makabryczny, aczkolwiek bardzo przydatny wycinek statystyk. Notował w specjalnie przeznaczonym do tego celu kajecie ilu motocyklistów z teamu Suzuki Great Britain poniosło śmierć na torze na przestrzeni sezonów: 1969 – 1988. 62 śmiałków poniosło śmierć na skutek doznanych urazów. Motocykliści byli zabobonni i wierzyli, że w trakcie jednego sezonu ginie 6 chłopaków. Co więcej, każdy mógł sobie pozwolić na 3 „dzwony”. Każdy uczestnik mistrzostw świata w wyścigach szosowych odhaczał kraksę. Kiedy licznik wskazywał trójkę, zaczynali się bać i odwlekać czwartą kolizję, która w myśli wyliczeń oznaczała zgon. Barry nie był wyjątkiem. Sheene kochał ludzi, a po części pragnął przebłagać niebiosa za hulaszczy tryb życia, więc podczas treningu przed Grand Prix Szwecji, zeskoczył z motocykla i pomógł rywalowi Johnowi Williamsowi. Barry zachował zimną krew i chwycił Johna za język. Gdyby Sheene nie zdobył się na tą znakomitą reakcję, Williams udławiłby się niechybnie…

 

Barry, jak przystało na bawidamka, figlarza i psotnika, miewał też gorsze momenty. Jemu było do śmiechu, ale najlepszemu kumplowi nie bardzo… W 1977 roku Sheene zapewnił sobie obronę tytułu mistrza świata już przed GP Wielkiej Brytanii. Spadek motywacji sprawił, że Barry nie rozpaczał, gdy podczas „domowej” GP dopadła go awaria motocykla. Zszedł do padoku i z uwagą śledził losy rywalizacji. Jego najlepszy przyjaciel – Steve Parrish – znajdował się na prowadzeniu na jedno okrążenie przed końcem wyścigu. Gdy Parrish rozpoczynał ostatnie kółko, kątem oka dostrzegł jak Barry nabazgrał na tablicy przy pit wall (ściance padoku) przejrzysty komunikat: „dodaj gazu, onanisto!”. Steve Parrish posłuchał rad kumpla i… przewrócił się grzebiąc szanse na triumf!!! Steve wierzył Barry’emu, tym bardziej, że język ciała Sheene’a zdradzał, że zależy mu na zwycięstwie najlepszego kompana. Barry wychylił się poza barierkę, sugerując, że jest całkowicie pochłonięty wyścigiem…

 

Podczas treningu przed GP Wielkiej Brytanii w 1982 roku Sheene zderzył się z Patrickiem Igoa przy zawrotnej prędkości 165 mil na godzinę. W szpitalu położono ich na sąsiadujących ze sobą łóżkach. 27 śrub zamontowano w nodze Barry’ego, ponadto metalowe płytki przytulały się do kości. Kenny Roberts, gdy tylko przyjrzał się z bliska poszkodowanym w wypadku, wyszeptał: „to katastrofa lotnicza”. Wedle oceny Robertsa, Sheene miał nie wracać do wyścigów… Błędne założenie… Barry wylizał się z ran i wciąż zadziwiał odpornością na stres. Karierę zakończył dopiero w sezonie 1984! W pożegnalnym sezonie potrafił jeszcze wdrapać się na podium Grand Prix RPA rozegranym na torze Kyalami!

 

Sheene miał zmysł do wnikliwej obserwacji. To on wypatrzył i dostrzegł nieziemski talent Micka Doohana. Wkrótce po fachowej ekspertyzie Barry’ego, Australijczyk Doohan zdobył pięć tytułów mistrza świata w klasie 500 centymetrów sześciennych (1994 – 1998).

Barry łaknął rodzinnego ciepła, a miłość znalazł w 1975 roku kiedy modelka Stephanie McLean, zakochała się w nim bez pamięci i odeszła od pierwszego męża, aby być z Barrym… Wyemigrowali do Australii, gdyż lekarze zalecali Sheene’owi mnóstwo tańca z witaminą D. Słońce miało mu pomóc w zaleczeniu urazów. Żyli jak pączki w maśle. Barry komentował wyścigi w australijskiej telewizji, brał udział w reklamówkach firmy Shell i opiekował się dwójką rosnących brzdąców. „Tata posłał nas do bardzo dobrych szkół. W kółko powtarzał mojemu bratu Freddiemu, że powinien otrzymać właściwą edukację, bo nie każdy będzie miał tyle szczęścia co on – nasz tata... Był bardziej surowy dla mnie. Synowi pozwalał na więcej, ale córeczka musiała chodzić jak w zegarku… Posyłał do diabła wszystkich chłopaków, którzy kręcili się obok mnie. Zawsze dopatrzył się w nich jakiegoś niedociągnięcia. Byłam jego małą księżniczką, więc wolał nosić dubeltówkę ze sobą, żeby odstraszać potencjalnych gagatków” – zaśmiewa się córka Barry’ego – Sidonie. Dziś Sidonie ma 33 lata i wiedzie szczęśliwe życie z mężem, ale Barry już ogląda świat z perspektywy niebiańskiej sofy. Przegrał walkę z rakiem żołądka w marcu 2003 roku. Zmarł mając zaledwie 52 lata.

 

    

„Bywały miesiące kiedy tata nie był wobec mnie stanowczy. Kiedy uczęszczałam do szkoły z internatem, Barry wysyłał mi paczki papierosów. Gdy byłam nastolatką, w domu, w towarzystwie taty, mogłam spożywać alkohol. Wychował mnie z klasą i dbał o etykę. Pragnął, abym traktowała ludzi tak jakbym chciała, aby mnie traktowano. Tata był dobrym człowiekiem. Pod koniec życia tata nieco złagodniał i stracił apetyt na zabawę. Zaczął słuchać Simply Red… Pamiętam, że gdy miałam 15 lat, wyskoczyłam na dyskotekę z koleżankami. Zataiłam ten fakt przed rodzicami. Podchodzę do baru, aby zamówić drinka, mam już piękną fazę, wesoło i bosko, a tu przy barze… siedzi mój tata! Zamurowało mnie. Po chwili krzyknęłam do taty: proszę, tylko nie mów mamie, że tu jestem! A tata spojrzał na mnie i odparł: córeczko, proszę, tylko nie mów mamie, że ja tu jestem! Uśmialiśmy się do łez” – wspomina Sidonie, córka Barry’ego Sheene’a.

 

Barry nie chciał romansować z chemioterapią. Robił wszystko, aby ludzie nie zapamiętali go jako cierpiącego człowieka. Odszedł dożywając ostatnich chwil wśród najbliższych na australijskim Gold Coast. Sekcja legendarnego toru Brands Hatch nosi nazwę Sheene’s corner, a w 2001 roku FIM nadała Barry’emu status legendy… Jorge podniósł się z krzesełka. W Andorze było już ciemno, pora na kolejną filiżankę herbaty…

   

Krwiożercza Monza

 

Oprócz wybornej herbaty, Jorge oferuje znakomitą kawę, czekoladę, pizzę, makarony, coś na kształt krokieta (jeno bez barszczu), jalapenos (gdyby komuś dla zaostrzenia apetytu nie wystarczył film z ostatnich okrążeń GP F1 w 1986 roku w Jerez de la Frontera i obłąkańczej walki pomiędzy Ayrtonem Senną a Nigelem Mansellem – czternaście tysięcznych sekundy dzieliło kierowców na mecie), lasagne, frytki (niezgorsze aniżeli te serwowane w belgijskim Spa) i hot dogi. Kustosz muzeum – Jorge – podkreśla, że Lorenzo jest jego szefem, ale nade wszystko przyjacielem. Bar niewinnie łączy się z częścią tekstylną. W muzeum można nabyć nie tylko wszelakie gadżety związane z Lorenzo. Koszulka Vale Rossiego (Bartosz Smektała nabył kultową koszulkę z napisem 46 dla siebie i dla swojej miłości – Olimpii, uprawiającej hippikę), czapeczki i kurteczki Marca Marqueza, plecaczki, a zatem rozmaitości budujące rywali Jorge… Biznes i pasja do sportów motorowych zacierają granice.

 

 

Za jedyne 7,99 euro można uraczyć podniebienie pizzą o szyldzie Mugello (pomidor, ser, szynka) i wejść w szykanę jak Andrea Dovizioso… Jeżeli jesteś fanem sera brie, warto skusić się na pizzę Missano. Jednak prawdziwe czary mary otworzy przed twoimi kubkami smakowymi pizza Monza. Cztery różne rodzaje sera i twoje myśli wędrują w stronę kartek z kalendarza. Bartosz Smektała skosztował pizzy Monza, bo zauroczył i zaciekawił go wątek wielkiego mistrza Jochena Rindta. Jakżeż to budujące, że młody (wszak ma 20 lat) dobrze wychowany człowiek ze Śremu, fascynuje się historią znakomitego austriackiego kierowcy wyścigowego. Rodzice Rindta zginęli podczas nalotu aliantów na Hamburg (mama była zdolną tenisistką), kiedy Jochen był jednorocznym brzdącem. Wychowywali go dziadkowie. Małomówny Jochen był w młodości namiętnym, nałogowym palaczem, który gustownie przeklinał po angielsku. Osierocony, traktował Bernie Ecclestone’a po trosze jak ojca, po trosze starszego brata. Miesiąc miodowy Rindta w Meksyku, a Jochen spędza całe dnie na plaży grając z Berniem w bakarata… Przy okazji kolejnej partyjki, Jochen słucha Berniego i obmyśla plan jak przefrunąć ze słabnącego zespołu Brabham do ekipy Lotusa sterowanej przez wizjonera Colina Chapmana. Colin kochał eksperymentować. Potężny silnik w najlżejszej karoserii plus Jochen pędzący z nadmierną prędkością – idealny plan na podbój świata F1. Kiedy Rindt pokonał plejadę brytyjskich kierowców na torze Watkins Glen w USA, zaczęto przebąkiwać o talencie Austriaka. W 1970 roku Jochen szedł jak burza. Wygrał GP Holandii, Wielkiej Brytanii i Austrii. Przyjechał naładowany pozytywnymi wibracjami na włoską Monzę. Tłum kibiców zakochanych w F1 zachęcał do przesuwania granicy ryzyka. Po znakomitej jeździe na treningach, Jochen wyszeptał Berniemu: „Zdobędę mistrzostwo świata i przechodzę na emeryturę”. Nie doczekał emerytury… Nietypowy komplet opon, nowy układ hamowania, skłonność do igrania z losem okazała się tym razem zabójcza. Rindt zahamował przed wejściem w sekwencję Parabolica, ale pędził z tak zawrotną prędkością, że nie mógł się uratować przed najgorszym. Uderzył w metalową barierę i osunął się… Kawałki metalu zraniły mu stopę, a pasy bezpieczeństwa podcięły gardło. Z tętnicy trysnęła krew. Jochen zginął w świątyni prędkości na torze Monza. Zbudował taką przewagę punktową, że w trzech kolejnych wyścigach (Kanada, USA, Meksyk), nikt nie zniwelował zaliczki wypracowanej przez Jochena. Został pośmiertnie mistrzem świata jako jedyny kierowca w historii F1… Miał 28 lat…

 

 

Bartosz Smektała z wypiekami na ustach słuchał tej historii. Jorge zna osobiście Joonasa Kylmaekorpi (czterokrotnego mistrza świata na długim torze). Joonas mieszka w Andorze jak większość demonów prędkości… Cóż za błyskotliwe skojarzenie Hiszpana: długi tor i klasyczny speedway w wydaniu juniorskim! Jorge poprosił Bartosza o wpis do księgi wyjątkowych gości i zrobił sobie pamiątkowe zdjęcie. W tle, za plecami Bartosza i Jorge trio znakomitych motocyklistów: Rossi, Marquez i Lorenzo. Wychodząc z muzeum, Smektała zerka na zamyśloną twarz Ayrtona Senny i zatrzymuje się dłużej czytając światłą myśl brazylijskiego geniusza. „Wierzę, że zaczynamy rozumieć i lepiej pojmować nasze wnętrze kiedy znajdujemy się w prawdziwych tarapatach. Wtedy dowiadujemy się kim tak naprawdę jesteśmy. Problemy i zmaganie z przeciwnościami losu czynią nas silniejszymi” – zwykł mawiać trzykrotny mistrz świata w Formule 1. Zaiste, prawda…