Lorek o Adamsie i Wardzie: Sen kangura

Żużel
Lorek o Adamsie i Wardzie: Sen kangura
fot. PAP

Przejmująca cisza o poranku na australijskim outbacku. Słońce, bezkres radości, roztańczona dusza… Człowiek nie dopuszcza do siebie myśli, że wystarczy ułamek sekundy, aby iskierka życia zastygła na pustyni…

Aż strach spoglądać na kartki kalendarza. Minęły ponad cztery lata odkąd świat Leigh Scotta Adamsa wywrócił się do góry nogami. Down Under – tak mawia się o kontynencie australijskim. Bartek Obłucki, przyjaciel Tadeusza Błażusiaka, niegdyś fenomenalny zawodnik uprawiający enduro, wyznał, że uwielbia Australię. Bartek kocha kreatywność, serdeczność, otwartość i pozytywne szaleństwo zakorzenione w mieszkańcach tego uroczego zakątka planety. Któż nie kocha Australii? Jej czaru w szczególności pragną ludzie łaknący ciepła, wewnętrznego żaru, pozytywnych wibracji, a więc będący na wiecznym deficycie Słowianie…

 

A chłopcy, którzy tej słonecznej energii mają w nadmiarze, przesiąknięci bezgraniczną miłością do motocykli, marzą o wędrówce do smaganej chłodem, wiatrami i deszczem Europy. Leigh Adams dopiął swego. Był jednym z najbardziej sumiennych pracowników na Starym Kontynencie, szalał ze szczęścia, gdy doceniono jego talent w Swindon, Poole, Lakeside, Oxfordzie, King’s Lynn, Avesta, Gislaved, Lublinie i Lesznie. Leszno pokochało go niczym swojego syna, bo nawet gdy w klubie nie było kolorowo, Australijczyk wykazywał daleko posuniętą lojalność.

 

Wyjątkowo pięknie stylowo jeżdżący żużlowiec. Wzór profesjonalizmu i człowieczeństwa. Jego długoletni mechanik Mariusz Szmanda, w przeszłości żużlowiec Unii Leszno i Kolejarza Rawicz, wprost nie mógł nadziwić się, że kangur z Mildury tak lubi towarzystwo innych ludzi. Motorhome Adamsa podczas Speedway Grand Prix był niczym świątynia radości. Każdy mógł przekroczyć jej próg, nabrać nadziei, sił, pokrzepić się strawą i opętańczo kuszącymi napojami, a Leigh nie odmawiał. Fenomenalny jegomość. Nie zostawiłby przyjaciół, kolegów i rywali w potrzebie. Ileż to razy zbłąkany wędrowiec przepojony metanolem mógł liczyć na nocleg w tym wyjątkowo serdecznym pojeździe, a kangur zachowywał się jak misjonarz. Śnił o mistrzostwie świata, a został lekarzem dusz…

 

Legenda Mildury

 

17 października 2010 Leigh Adams wyrzekł przez ściśnięte od wiązki emocji gardło: good bye. Publiczność zgromadzona na Abbey Stadium nie mogła uwierzyć, że Australijczyk postanowił zakończyć karierę. Leigh miał wówczas 39 lat. Zdaniem fachowców, Adams mógł jeszcze śmiało pojeździć przez dwa, trzy sezony. Wszyscy żużlowi puryści zakochani w nienagannej technice jazdy Australijczyka, chcieli zatrzymać czas. Tydzień wcześniej Adamsowi zaszkliły się oczęta kiedy na stadionie imienia Alfreda Smoczyka żegnały go tłumy mieszkańców Leszna. Słynny bieg Leigh w kevlarze wzdłuż pachnącej emocjami bandy… Niezliczone piątki przybijane z ludźmi podziwiającymi jego talent… Z głośników płynął kapitalny numer „My Hometown” Bruce’a Springsteena. Kangur z trudem panował nad drżeniem cząsteczek kwantowych wirujących wokół jego serca, a „Jony” vel Tomasz Grześkowiak, genialny didżej z Leszna, płynął razem z Lejkiem po morzu smutnych chmur…

 

Tydzień po sentymentalnym pożegnaniu w Lesznie, Leigh wykręcił komplet punktów w Swindon, spakował walizki i pomknął do Australii. Marzył o godnym życiu w spokojnym, cichym miasteczku Mildura nad rzeką Murray. Z wolna mijała tęsknota za 22 sezonami spędzonymi w tyglu zwariowanych emocji, w pogoni za odprawą na lot, w poszukiwaniu tunerów i sponsorów. 11 lat spędzonych w Swindon, 15 sezonów w Unii Leszno. A przecież ludzie życie nie składa się jedynie z laczka nałożonego na lewego buta, zębatek, krzywek i dysz. Żona Kylie, córka Casey, syn Declyn, słońce, owoce, motocross… Cudowna perspektywa. Żyć, nie umierać… I od czasu do czasu przejażdżka po torze Phillip Island, żeby choćby musnąć emocji jakich doświadczał jego idol, pięciokrotny król wyścigów szosowych – Mick Doohan.

Życie napisało jednak inny scenariusz… Motocykle, na których śmigał Leigh chciały przytulić się do pajęczyny tudzież znaleźć nabywcę, ale w Adamsie nie wygasła miłość do motocykli, przygody, niewiadomej… Duszy nie sposób zamknąć w muzeum… Ona tęskniła i pragnęła być ulokowana wśród spalin.

 

We wtorek 7 czerwca 2011 roku Leigh Adams dawał upust radości szalejąc na motocyklu nieopodal Alice Springs. Szykował się do startu w gigantycznej imprezie off-roadowej: Finke Desert Race. To legendarny wyścig rozgrywany na półkuli południowej od 1976 roku. 460 kilometrów do przejechania przez pustynię. Od Alice Springs po Aputula. Piasek, ekstremalne temperatury, pragnienie zmierzenia się z kolosalnym wyzwaniem. Gdy Leigh ścigał się na żużlu, nie było takiej luki w kalendarzu, aby móc przesiąknąć Finke Desert Race. W czerwcu liga polska, brytyjska, szwedzka i Grand Prix tętniły życiem, więc nie mogło być mowy o opcji przelotu z Europy do Australii. Leigh pielęgnował w sobie marzenie o tym, aby wziąć udział w pustynnym wyścigu, a gdy w październiku 2011 roku pożegnał się ze speedwayem, wrota do Finke Desert Race stanęły otworem. Jeszcze w styczniu 2011 roku Leigh wyprawił wspaniałą kolację w Mildura. W gronie przyjaciół nie zabrakło fenomenalnego żużlowca, sześciokrotnego mistrza świata Tony’ego Rickardssona, brązowego medalisty z finału w Chorzowie’76 – Phila Crumpa i figlarza jakich mało – Steve’a Johnstone’a. Na deskorolce przed hotelem w Mildura szalał Darcy Ward, żarty stroił sobie Jason Doyle, wtórował mu Chris Holder. Było pięknie, a Leigh ścigał się na żużlówce jak młody Bóg z Troyem Batchelorem. Wieczorem 5 stycznia 2011 roku, gdy ruszaliśmy spod stadionu w Mildura, Leigh zdążył jeszcze przytulić się i westchnąć: lećcie wypocząć do Cairns, tam jest naprawdę odlotowo…

 

Podczas treningu przed Finke Desert Race Leigh głowił się dlaczego w jego motocyklu pojawił się mały problem ze smarowaniem łańcucha… Zjadł lunch, założył kask, przymierzał się do kolejnych prób. Przy pełnej prędkości opuścił trasę przejazdu. „Pamiętam wszystko jak przez mgłę, a do dobry znak. Długo czekałem na transport medyczny. Spytałem mojego brata co ja robię w samolocie lecącym do Adelajdy, a on wyznał, że miałem poważny wypadek i zmierzamy do szpitala. Jestem zawsze pozytywnie nastawiony do życia, nie załamuję się, lubię walczyć. Powiedziałem, że chcę stanąć na nogi i zasnąłem…” – wspomina Leigh.

 

W feralnym momencie wypadku na pustyni Leigh znajdował się kilkaset metrów przed swoim przyjacielem Brodie Watersem. „Straciłem Leigh z pola widzenia. Był taki kurz, że z trudem dojrzałem trasę przejazdu. Kiedy spenetrowałem pobocze, spostrzegłem leżącego Leigh. Wpadłem w panikę, chciałem go ułożyć w bezpiecznej pozycji zanim przybędzie helikopter. Leigh to mój przyjaciel i mój idol. Darzę go ogromnym szacunkiem za to czego dokonał na żużlu. Byłem przerażony, gdy zobaczyłem jak bardzo cierpi po upadku…” – mówi przez łzy Brodie Waters.

 

Małżonka Adamsa – Kylie, odpoczywała w salonie piękności w Mildura, gdy wydarzył się tragiczny wypadek. Zadzwonił telefon. „To był jeden z naszych najlepszych przyjaciół. Przekazał mi, że Leigh miał wypadek, leży obolały, ma problemy z oddychaniem, złamał kilka żeber. Dla małżonki motocyklisty to żadna nowina. Dopiero wieczorem, około godziny 19, może 20, usłyszałam, że konsekwencje są bardzo poważne, więc struchlałam, ale wiedziałam, że każda sekunda jest na wagę złota. Przesiedziałam prawie całą noc w szpitalu w Adelajdzie, a o trzeciej rano nie uwierzyłam gdy zobaczyłam Leigh. Był w fatalnym stanie…” – słowa z trudem wydostają się z ust Kylie.

 

Nie rozmyślał o negatywnych skutkach upadku. Złamana łopatka, przebite płuco, pęknięte kręgi, połamane żebra… Wiedział, że lekarze robili wszystko, aby mógł chodzić. Nauczył się żyć z perspektywy wózka inwalidzkiego. „Nie analizuję dogłębnie poszczególnych faz wypadku. Motocykle to moja pasja. Nie przeklinałem losu leżąc na oddziale intensywnej terapii przez dwa tygodnie. Kocham jeździć na motocyklu. Marzyłem o tym, aby ścigać się w Finke Desert Race. Niczego nie żałuję” – wyznaje indywidualny wicemistrz świata na żużlu z 2007 roku.  

 

Duńczyk Erik Gundersen, trzykrotny indywidualny mistrz świata, wydzwaniał do Leigh Adamsa i karmił go wskazówkami. Doradzał co warto zrobić, aby drugie życie nie smakowało gorzej aniżeli pierwsze…

 

Rehabilitacja

 

Leigh Adams lubi używać stwierdzenia: „graj takimi kartami jakie leżą na stole”. Nadrzędną kwestią jest wytyczanie małych, skromnych celów. Gdy 23 sierpnia 2015 roku dramatycznemu wypadkowi uległ Darcy Ward, Leigh był na posterunku. Służył radą. Darcy ścigał się w Mildura na rocznicowym turnieju Leigh Adamsa w 2011 roku…

 

„Trudno o piękniejsze wsparcie ludzi sportu niż to jakie otrzymał Darcy. Pozostaje zakasać rękawy i wykorzystać fakt, że sercem są za nim takie tuzy jak Mark Webber czy Agnieszka Radwańska. Darcy musi zbudować sobie maleńką piramidę celów. Istotne, aby próbował osiągnąć cokolwiek choćby dla grona swoich najbliższych. Środowisko żużlowe wykazało się niezwykłą solidarnością. Byłem w ścisłym kontakcie z Chrisem Holderem, gdy Darcy uległ wypadkowi. Chciałem zadzwonić do Darcy’ego, ale jego telefon nie odpowiadał. Wysłałem mu zatem smsa: przyjacielu, zadzwoń jeśli tylko będziesz miał ochotę na rozmowę. Odpisał: super, to wspaniale, że jesteś ze mną. Pomyślałem: skoro odpisuje na smsy, to nie jest tak źle z tym dzieciakiem!” – uśmiecha się Leigh.

 

Adams przebył niezwykle wyboistą drogę po dramatycznym wypadku na australijskiej pustyni. Słuchał lekarzy i wiedział, że do rogatek stanu pt. szczęśliwość dzielą go tysiące mil… Nade wszystko musiał wykazać się cierpliwością. To był znak drogowy, który najczęściej rzucał mu się w oczy. „Kiedy po sześciu miesiącach rehabilitacji wróciłem do domu, postęp był niewielki. Odczuwałem lekkie mrowienie i na tym budowałem swój optymizm. Po dwóch latach wytężonej pracy odnotowałem wyraźną poprawę. Lewa noga w połowie pracuje jak należy, druga połowa jeszcze śpi. Prawa noga jest w kiepskim położeniu i nie ma widoków, aby było lepiej, ale i tak jestem wdzięczny losowi, że lewa noga osiągnęła przyzwoity stan. Toczę bitwę rozłożoną na lata. Powiedziałem Darcy’emu, że rywalizacja z Nickim Pedersenem w Grand Prix jest błahostką w porównaniu z codzienną batalią o zdrowie!” – twierdzi Leigh Adams, dziesięciokrotny mistrz Australii na żużlu.  

 

Ekstremalna wspinaczka, przypominająca forsowanie trudnej technicznie ściany w deszczu, śniegu i przy skromnych zapasach pokarmu… „Nie wolno zapomnieć o rehabilitacji. Trzeba wypełniać sobie oczy pięknymi przedmiotami. Początkowo ogromną przeszkodą było przemieszczenie się z wózka inwalidzkiego do samochodu. To był koszmarny wysiłek… Podczas ćwiczeń rehabilitacyjnych fachowcy uczą cię jak żyć na wózku inwalidzkim. Jesteś w szpitalu, z którego masz ochotę zwiać przy najbliższej nadarzającej się okazji, a po chwili przychodzi moment oprzytomnienia i myślisz: zaraz, zaraz, muszę zacisnąć zęby, nauczyć się jak najwięcej, aby potem nigdy już tu nie wrócić! Uwierz mi, to był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu kiedy powiedziano mi, że mogę opuścić szpital… Sześć miesięcy w jednym miejscu… Naprawdę można zwariować. W domu byłem bardziej aktywny. Mogłem odkleić się od szpitalnej bieli. Błyskawicznie odkryłem, że czynności, które kiedyś były banalnie proste do wykonania takie jak ubieranie się czy mycie, stają się koszmarnie trudne, gdy jesteś przykuty do wózka” – wyznał Leigh Adams.

 

Nauczyć się wiele o sobie samym – w tej materii Leigh jest już profesorem. Uświadomił sobie, że pewnych barier nie pokona, ale wie jak umilić sobie życie podróżując na wózku inwalidzkim. „Cieszyłem się jak dziecko, gdy nagle, pewnego dnia odkryłem, że mogę ruszać palcami u nóg, mogę przesunąć krzesło, zmienić pościel, uszykować śniadanie. Pamiętam, że gdy zacząłem wprowadzać w ruch palce u stóp, wrzasnąłem do Kylie: chodź, spójrz, zerknij na to proszę, patrz co się dzieje! Ona podbiegła, stanęła zziajana w drzwiach, a jej spojrzenie mówiło: co do diabła takiego się wydarzyło, że krzyczysz jakby cię rozdzierali?” – śmieje się Leigh.

 

Maleńki ruch palców u stóp przydał Australijczykowi niebiańskiej rozkoszy. „Poczułem jakby ktoś dodał mi energii i podłączył mnie do prądu. To tylko nieznaczna poprawa dla lekarzy, ale dla mnie równie podniosła jakbym wylądował na Księżycu. Nie wiem tylko jak zbijać wagę… Z tym mam nieludzki problem. Nie umiem spalać kalorii jak przed laty. Nie piję piwa, ale często zaparzam kawę i jem ciasto. Kawa i ciasto to moje piwo! Nie mogę nadziwić się, gdy patrzę na mojego przyjaciela Erika Gundersena. On tak potrafi dbać o linię. Jest piekielnie szczupły. Zachodzę w głowę jak on to robi… Ja tyję i boję się, że niebawem będę wyglądał jak Rosco!” – żartuje Leigh. Rosco, menedżer Swindon Robins, człowiek o wielkiej miłości do żużla. Dwóch zawodników Swindon Robins wylądowało na wózku… Tyle serca wlewa Alun w prowadzenie drużyny, a takie bolesne ciosy otrzymał od życia…

 

Sfera mentalna, o niebo trudniejsza aniżeli ograniczenia fizyczne… Nanga Parbat zimą jest igraszką przy pokonywaniu niebezpieczeństw jakie kryją się w ludzkiej psychice, gdy zamiast na żużlowym bike’u, przemieszczasz się na wózku… „Byłem trzy tygodnie pod ścisłym dozorem lekarzy, potem rozpocząłem rehabilitację. Dopiero podczas rehabilitacji pojąłem w czym rzecz. Zrozumiałem, że uraz jakiego doznałem na pustyni nie jest żartem… Nie mogłem rozmawiać z dziećmi przez telefon, szybko wpadałem w złość. Byłem rozbity psychicznie. Wściekałem się, bo nie umiałem uzmysłowić sobie tego, że po przebudzeniu się ze snu nie będę mógł nałożyć kapci, pójść do łazienki i umyć zębów kiedy tylko zechcę. Myślałem, że zwariuję z niemocy!” – wspomina Leigh Adams, który wystąpił w 547 meczach w barwach Swindon Robins i zdobył 6442 i pół punktu...

 

Leigh jest dumny z tego, co osiągnął na przestrzeni blisko pięciu lat jakie minęły od chwili wypadku. „Jestem szczęściarzem, bo uzyskałem wysoki stopień niezależności. Budzę się rano, potrafię przygotować sobie śniadanie, mogę wskoczyć pod prysznic, prowadzę auto, mogę podjechać do mamy i taty i wypić z nimi kawę. Jest super…” – mówi człowiek, który nigdy nie uskarżał się na problemy. Zawsze odnajdywał radość z życia. Nawet wtedy, gdy silnik w jego motocyklu zacierał się, a Leigh był na prowadzeniu. Nawet wówczas, gdy tracił szansę na mistrzostwo Elite League ze Swindon Robins w 2009 roku, choć wydawało się, że Wilki mają mniejszą siłę rażenia aniżeli Rudziki. Kawa wypita z rodzicami i promyk australijskiego słońca wystarczy, aby napawać się szczęściem. Leigh Scott Adams – dobry człowiek. Kiedy Chris Holder doznawał kontuzji podczas indywidualnych mistrzostw Australii, Adams użyczał gościny w swoim domu, wydzwaniał do znajomych lekarzy, aby „zespawali” obojczyk Chrisa. Serce człowieka z Mildury jest większe aniżeli Tasmania, Nowa Zelandia i Australia razem wzięte…

 

Wsparcie z Poole

 

Najbardziej utytułowany klub żużlowy w Wielkiej Brytanii na przestrzeni minionej dekady… Poole Pirates. Matt Ford i Neil Middleditch, twórcy potęgi speedwaya w hrabstwie Dorset, oddaliby wszystkie trofea zdobyte za mistrzostwo Elite League, byleby tylko zobaczyć Darcy’ego Warda na motocyklu żużlowym. Tuż po tragicznym wypadku jakiemu australijski geniusz uległ na zielonogórskim torze, Matt użył stwierdzenia, że „klub Piratów jest rozbity”. Statek można uratować, tym bardziej, że kapitan Ford to zodiakalny Lew, a więc człowiek słynący z wyjątkowej determinacji i woli walki. „Nigdy wcześniej nie znalazłem się w takim położeniu. Mam przed oczyma Lee Richardsona, Ricky’ego Ashwortha, Rory’ego Schleina i Lewisa Kerra… Na szczęście Rory i Lewis wychodzą na prostą. Nie mogę uwierzyć w to co stało się z naszym ukochanym dzieciakiem Darcym…

 

Pamiętam moją konwersację z Jonem Cookiem tuż po tragicznej śmierci Lee Richardsona we Wrocławiu. Jon wyznał, że on nie wie czy jest w stanie pójść kiedykolwiek na żużlowy stadion, nie wspominając o prowadzeniu drużyny. Otrząsnął się, ale Lee wciąż mieszka w jego głowie… Zadzwoniłem do Middlo i spytałem go: jak mamy pozbierać zespół przed play-off i walczyć o mistrzostwo, skoro Darcy jest sparaliżowany od pasa w dół? Middlo nie wydobył z siebie ani jednego słowa. Nie był w stanie. On przeżywa dramat jeszcze bardziej. Głęboko dotknęła go tragedia Darcy’ego. Darcy mieszkał u Middlo przez cztery lata. To była podróż przez górskie przełęcze, ale zawsze dostrzegaliśmy w nim cos, czego inni nie chcieli lub nie potrafili zauważyć. Darcy to cudowny chłopak. Jak go opisać jednym zdaniem? Gdy dojeżdżaliśmy do skrzyżowania, cała ludzkość skręcała w prawo, a Darcy skręcał w lewo. Ten dzieciak był niezwykły na motocyklu żużlowym i jest niezwykłym człowiekiem. On kocha życie, uwielbia troszczyć się o ludzi, pomagać, nigdy nie przywiązywał wagi do pieniędzy, ale pozbawiony towarzystwa usychał jak kwiat na pustyni” – twierdzi Matt Ford.

 

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze