Adrian Janiuk: Zaliczył Pan udany powrót na boisko. Skorzystał Pan co prawda na kontuzji rywala i jednocześnie kolegi klubowego Deana Grekena. Jednak najważniejsze, że Ipswich Town z Panem w składzie zrewanżowało się Reading (2:1) za wysoką porażkę sprzed kilku miesięcy.

 

Bartosz Białkowski: Cieszę się, że mogłem po kilku miesiącach wyjść na boisko w meczu ligowym. Bardzo brakowało mi adrenaliny meczowej. Do pełni szczęścia potrzebowaliśmy zwycięstwa, co również udało się osiągnąć. W poprzednim meczu z zespołem Reading ponieśliśmy druzgocącą porażkę na Madejski Stadium aż 1:5, ale trzeba dodać, że to było zupełnie inne spotkanie. Przeciwnikom wychodziło dosłownie wszystko. Orlando Sa miał swój dzień. Ustrzelił hat-tricka, ale ja popisy Portugalczyka oraz jego kolegów obejrzałem z ławki rezerwowych.

 

Piłkarz Chelsea nie zagra dla Polski. Oto nowy Podolski?

 

Byłego napastnika Legii nie ma już w Reading, ale przeciwko tej ekipie nie gra się łatwo. Pan jednak skapitulował dopiero po uderzeniu z rzutu karnego.

 

Akurat tym razem tak się złożyło, że nie miałem jakoś wybitnie dużo pracy w potyczce z The Royals. Mimo to wydaje mi się, że zaprezentowałem się z dobrej strony po stosunkowo długiej przerwie. Czułem się pewnie w bramce przy dośrodkowaniach i uderzeniach przeciwników. Współpraca z obrońcami układała się jak należy, dlatego jestem w dobrej myśli przed kolejnymi meczami.   

 

Spotykał się Pan niemalże z analogiczną sytuacją, co w poprzednim sezonie. Ubiegłoroczne rozgrywki rozpoczął Pan jako rezerwowy bramkarz The Tractor Boys, ale łącznie wystąpił Pan w 31 meczach w lidze.

 

Zgadza się, wówczas Gerken również doznał urazu. Wszedłem do bramki na trzy spotkania, w których zaprezentowałem się na tyle dobrze, że zostałem już między słupkami do końca sezonu. Bieżące rozgrywki rozpocząłem jako podstawowy bramkarz. Rozegrałem trzy spotkania i musiałem wyjechać na kilka dni do Polski. Po długiej walce z chorobą zmarł mój tata, ale po powrocie praktycznie od razu byłem gotowy do gry. Opuściłem mecz z Preston North End liczyłem się także, że nie zagram z Brighton & Hove Albion, bo spotkanie było rozgrywane trzy dni po pogrzebie taty. Myślałem, że mój powrót nastąpi przy okazji wcześniej wspomnianego meczu z Reading, ale tak się jednak nie stało.

 

Gwiazda Ekstraklasy zagra w Anglii. Kosztował 2 miliony

 

Po pogromie na Madejski Stadium trener Mick McCarthy nie zdecydował się na przywrócenie Pana do bramki. Można śmiało powiedzieć, że stracił Pan miejsce w bramce w dość dziwnych okolicznościach, bo z Panem w składzie Ipswich Town nie przegrało. Nie było w Panu sportowej złości z tego powodu?

 

Przyznaję, że pojawiła się pewnego rodzaju frustracja, bo wylądowałem na ławce w zasadzie bez powodu.Po nieszczęsnym meczu z Reading trener Mick McCarthy wezwał mnie do siebie do gabinetu tuż przed treningiem. Wówczas byłem przekonany, że chce mi zakomunikować, że wracam do gry. Jednak podczas tamtej rozmowy szkoleniowiec zaskoczył mnie. Powiedział, że chce dać zrehabilitować się Gerkenowi. Przyjąłem jego decyzję, ale dodałem, że czuję się w stu procentach gotowy do gry mimo tragedii rodzinnej.

 

Nie było myśli o zmianie barw klubowych? Choćby półroczne wypożyczenie nie wchodziło w grę?

 

Nie miałem takich myśli. Starałem się spokojnie podejść do tej sytuacji. Jestem już doświadczonym zawodnikiem, więc żadnych nerwowych ani impulsywnych kroków nie podejmowałem. Robiłem swoje na treningach. Swoją postawą chciałem udowodnić trenerowi, że jestem gotowy wrócić do gry. Dużo rozmawiałem z trenerem bramkarzy, który dawał mi wsparcie. Nie powiem, że liczyłem na kontuzję Gerkena, bo Dean jest moim dobrym kolegą, ale wierzyłem, że będę jeszcze potrzebny drużynie. W tej sytuacji pech kolegi okazał się moim szczęściem.

 

Pana kontrakt z Ipswich Town wygasa z końcem czerwca. Rozmowy z klubem odnośnie przedłużenia umowy zostały już podjęte czy póki co jest cisza?

 

Negocjacje związane z nowym kontraktem zostały już podjęte, dlatego sądzę, że zostanę na kolejne lata w klubie. Czuję się szczęśliwy, że jestem częścią tej drużyny. Moja rodzina również jest zadowolona z życia w tym miejscu. Jakiś czas temu kupiliśmy dom w Ipswich. Wiążemy plany na przyszłość z tym miastem. Dla mnie najważniejsze jest, żeby rodzina czuła się dobrze.

 

Porzuciła karierę modelki i została... sędzią piłkarskim!

 

W zeszłym sezonie Pana drużyna zagrała w play-off, ale Norwich City okazało się za mocne. Jakie są tegoroczne oczekiwania w klubie?

 

Wszyscy w klubie liczą na co najmniej powtórzenie wyniku z poprzedniego sezonu. Jesteśmy obecnie na szóstym miejscu czyli na ostatniej pozycji gwarantującej walkę o Premier League. Mamy mocny, wyrównany skład. Jest rywalizacja w zasadzie na każdej pozycji, dlatego każdy z nas ma ciśnienie na sukces. Jesteśmy dopiero w połowie drogi. Sezon wkracza w decydującą fazę i teraz przed nami naprawdę ciężki okres, ale jestem optymistą. Mamy doskonałą atmosferę w drużynie, jest dużo żartów, wspólnych wyjść. To wszystko buduje team spirit. Każdy za każdego wskoczyłby w ogień.

 

Nie ma Pan wrażenia, że ten sezon jest trudniejszy od poprzedniego?

 

Rzeczywiście tak jest. Ten sezon jest o wiele cięższy. Patrząc na tabelę to połowa drużyn może jeszcze realnie powalczyć o czołowe lokaty. Jest wiele drużyn, które wydają ogromne sumy na transfery. Z kolei my jesteśmy przykładem na to, że nie wydając żadnych pieniędzy na wzmocnienia można stworzyć solidny zespół.

 

Championship są to bardzo specyficzne rozgrywki. Często zdarza się, że drużyny, które nie są stawiane w roli pretendentów do awansu są sprawcami sensacji. Idealnym przykładem z ubiegłego sezonu jest Bournemouth Artura Boruca.

 

Urok tych rozgrywek tkwi w tym, że potrafią być nieprzewidywalne. Ze wszystkimi trzeba grać na maksimum swoich możliwości. Ostatnia drużyna ligi potrafi pokonać zespoły z czołówki. Bournemouth nikt nie dawał szans na awans do elity. Kiedy Artur przechodził do tej ekipy to Wiśnie zajmowały dopiero 15. lokatę. To idealnie obrazuje nieprzewidywalność Championship.

 

Do lidera Championship - Hull City dołączył czołowy bramkarz Ekstraklasy Dusan Kuciak. Były już golkiper Legii ma szansę wygrać rywalizację z doświadczonym Szkotem Allanem McGregorem?

 

Jestem zdania, że Dusan był najlepszym bramkarzem w ostatnich latach w Polsce. Bardzo cenię jego umiejętności, ale wydaje mi się, że Słowak idzie do drużyny Tygrysów w trudnym dla niego momencie. Hull jest na szczycie tabeli, a do tego tracą bardzo mało bramek. McGregor spisuje się bez zarzutu, dlatego ciężko będzie mu wskoczyć do składu. Choć uważam, że i tak odegra istotną rolę w nowej drużynie. Kuciak słynie z mocnego charakteru i każdy wie, że nie zadowoli się rolą rezerwowego. Będzie walczył z McGregorem, to jasne.

 

Kuciak zapewnia Anglików: Spełniam swoje marzenia!

 

Już od ponad dekady mieszka Pan na Wyspach Brytyjskich i gra na angielskich boiskach. Myśli Pan jeszcze o występach na polskiej lidze?

 

Czas leci bardzo szybko. Przyjechałem do Anglii do Southampton jako młody niedoświadczony bramkarz. Na chwilę obecną nie widzę siebie poza Anglią, jednak w przyszłości kto wie. Na żadną propozycję się nie zamykam. Piłka nożna ma to do siebie, że jednego dnia jesteś tutaj, a jutro znajdujesz się w zupełnie innym miejscu. Przyznam, że za parę lat chciałbym zagrać w polskiej lidze. Myślę o powrocie do kraju.

 

Na krajowym podwórku debiutował Pan na najwyższym szczeblu w Górniku Zabrze, ale komu Pan kibicował?

 

Pochodzę z Elbląga, czyli z miasta, które kibicuje Legii Warszawa. Będąc nastolatkiem również byłem fanem stołecznego klubu. Wujek, który jest zagorzałym miłośnikiem Legii zaraził mnie swoją pasją do tego klubu.

 

Marzy Pan, żeby kiedyś zagrać w barwach Legii?

 

Mało, kto wie, że dawno temu podpisałem kontrakt z Legią będąc jeszcze zawodnikiem Polonii Olimpii Elbląg. Umowa była tak skonstruowana, że mogłem dokończyć rundę w Elblągu, po czym miałem trafić na Łazienkowską. W tamtym czasie nie miałem skończonych nawet szesnastu lat i nie reprezentował mnie żaden menadżer. Wówczas zgłosił się do mnie Jarosław Kołakowski, który zaproponował współpracę. Wspólnie doszliśmy do porozumienia, że lepszym rozwiązaniem będzie dla mnie przejście do Górnika Zabrze, który mocno o mnie zabiegał. W Legii nie miałbym praktycznie szans na grę. Artur Boruc był na fali i rywalizacja z nim dla nastoletniego bramkarza byłaby nieosiągalna. Z perspektywy czasu nie żałuję tej decyzji. Dostałem szansę debiutu w Ekstraklasie jako nastoletni bramkarz i to otworzyło mi możliwość szybkiego wyjazdu za granicę. Być może kiedyś będzie mi dane zagrać dla Legii.

 

Koledzy, przyjaciele i rodzina z Elbląga nie odwrócili się od Pana, gdy usłyszeli, że odmówił Pan Legii?

 

Nie aż tak przechlapane nie miałem (śmiech). Oczywiście żałowałem, że nie dołączyłem ostatecznie do mojego ulubionego klubu, ale to była świadoma decyzja. Muszę przyznać, że Legia okazała się być bardzo wyrozumiała dla mnie. Miałem podpisany z nią profesjonalny kontrakt, ale rodzice wystosowali pismo z prośbą o rozwiązanie umowy. Legia poszła mi na rękę. Nie robili nic na siłę tylko podeszli do mnie w wyrozumiały sposób. Jestem im wdzięczny za zainteresowanie i za chęć dania mi szansy, ale również za to, że przychylnie ustosunkowali się do mojej prośby.