Często gęsto mamuśki zawodowych tenisistów i tenisistek mocują się z ostrzem krytyki, które przekłuwa ich delikatną tkankę. Eksperci wszelakiej maści mądrują się i doszukują obniżki formy tenisistki w matczynej nadopiekuńczości, drapieżności, zachłanności na idealne rozwiązania i chciwości na brzęczącą monetę. W wielu przypadkach owa krytyka jest niezasłużona. Trudno dotrzeć do prawdy, ale warto pochylić się nad kilkoma warstwami pierzyny, aby dowiedzieć się co tak naprawdę drzemie w sercach i duszach mam. Mama Marii Szarapowej – Jelena imponuje gigantyczną wiedzą o malarstwie i rzeźbie. Jej córka, choć zdobyła pięć tytułów w Wielkim Szlemie, połknęła bakcyla i żywo interesuje się światem sztuki. Po pierwsze artystyczne ciągotki pozwalają Marii odpocząć od slajsów, lobów i topspinów. Po drugie zasługi mamy Jeleny w kreowaniu wrażliwości córki na sztuki piękne są ogromne. Dzięki Jelenie Maria wie, że Vincent van Gogh był twórczym umysłem i malował piękne obrazy. Przenigdy Maria nie nazwałaby van Gogha hokeistą. Mama braci Murrayów walczyła na łokcie o pierwszą, winylową płytę Davida Bowie i nie ma opcji, aby zamiłowania muzyczne pani kapitan Brytyjek w Pucharze Federacji nie zostawiły śladu w duszy synów. Janko Tipsarević pożera książki (przeważnie trudne w masowym odbiorze), bo mama podrzucała mu rozmaite dzieła literackie (zarówno klasykę jak i underground), gdyż chciała, aby syn nie tylko zręcznie wywijał rakietą, ale i mógł coś twórczego upichcić w rozmowie z bezdomnym w Melbourne. A mama Slavy Szwiedowej: cóż, tu dopiero docieramy do piękna kobiecości...

 

Mistrzyni maratonu

 

Jaroslava zaznacza, że pragnie, aby zwracać się do niej per Slava. Słowotwórstwo jak pomiędzy dobrymi kumplami… To skraca dystans. Tenisistka reprezentująca Kazachstan (choć urodzona w Moskwie), nie buduje niepotrzebnych szklanych ścian podczas konwersacji. Jej starszy brat Pavel, dziś wzięty dziennikarz specjalizujący się w zakamarkach rosyjskiej polityki, cudem przyszedł na świat. Mama Slavy Szwiedowej – Nurzija, miała ogromne komplikacje podczas porodu. „Mama jest cudowną osobą. Była przerażona, kiedy w wieku 18 lat przeprowadziła się do Moskwy. Jej siła płynie z naturalności. Urodziła się w maleńkiej wioseczce. Bała się wielkiego miasta, bo dla dziewczyny o wysokim poziomie etyki, potężna aglomeracja jest ogromnym zagrożeniem. Łatwo się w nim zatracić… Mama kocha sport, ale największe sukcesy nie przesłonią jej szczęścia rodzinnego. Tuż po zamążpójściu, mama chciała urodzić dziecko. Niestety, po urodzeniu syna, przebywała bardzo długo w śpiączce. Kiedy cudem udało się wybudzić mamę, lekarze oznajmili jej, że już nigdy więcej nie będzie mogła zajść w ciążę, bo to dla niej zbyt niebezpieczny stan, nawet zagrażający życiu. Gdy mama otrząsnęła się po tych dramatycznych przeżyciach, postanowiła spróbować zajść w ciążę. Wbrew wskazówkom lekarzy… Mój tata Wiaczesław naciskał delikatnie na mamę, bo jak każdy mężczyzna, marzył o córeczce… Mój brat coś wie na ten temat, bo na początku nosił stroje w kolorze różowym… Tata do dziś żartuje, że on akceptuje tylko dziewczyny! Mama tak bardzo kocha tatę, że zaszła w ciążę po raz drugi i urodziła córeczkę, którą teraz oglądasz, spoconą po meczu tenisowym. Uważam, że mamuśka zasługuje na pomnik, nie obok Ermitażu w Sankt Petersburgu, ale na samym środku Placu Czerwonego w Moskwie. Urodziła mnie, a potem otrzymała taki przypływ energii, że oddała się intensywnym treningom i uzyskiwała coraz lepsze wyniki w biegach maratońskich. W 1993 roku mama Nurzija, trenowana przez mojego tatę Wiaczesława, sięgnęła po złoty medal w mistrzostwach świata w biegu na 100 kilometrów. Kiedy domowa gablotka z trofeami zaczęła się zapełniać, mama stwierdziła, że czas poświęcić więcej uwagi córce. Dojrzewała we mnie myśl, aby spróbować sportu. Tata uznał, że tenis będzie doskonałą szkołą życia. Nauczył mnie dzielnie znosić porażki, cieszyć się ze zwycięstw, determinacji, pilności, współzawodnictwa. Tata i mama rozkochali mnie w sporcie. Mogłam pływać, wspinać się po sztucznej ściance, aby wzmocnić nadgarstki, jeździłam na nartach, aby wzmocnić nogi, a miałam w młodości ogromne kłopoty z kolanami. Jestem im za to wdzięczna, bo poprzez płodozmian, tenis nie zbrzydł mi i mogłam poznać inne smaki życia” – zaznacza rezolutna Jaroslava Szwiedowa.

 

Slava kocha wyzwania. O mały włos nie wyruszyła z ekspedycją na Mount Everest mając 15 lat... Uwielbia biegać na nartach, tańczyć, lubi słuchać jazzu, muzyki klasycznej, ale i dobrego rocka. Jest uczuciową i sentymentalną kobietą. Gdy opady deszczu przerwały jej finałowy pojedynek w deblu podczas US Open’2010, musiała stoczyć wyścig z czasem, bo obiecała rodzicom, że zdąży na urodzinowe blincziki i barszczyk do Moskwy. Finał debla przełożono na 12 wrzesnia, a Slava jest zodiakalną Panną, więc musiała błyskawicznie odwrócić losy meczu. Jej partnerka, Amerykanka Vania King, miała wcześniejszą porę odlotu, więc panny wzięły się w garść, wygrały finał Szlema na Flushing Meadows, ale Slavę wylosowano do kontroli antydopingowej. Szwiedowa była niezmiernie szczęśliwa, a jej usta przylgnęły do butelki szampana. Trener opiekujący się Slavą też nie mógł powstrzymać się od eksplozji radości, wszak dziewczyny wygrały finał wielkiej imprezy! Szkopuł w tym, że przedmeczowy poziom stresu był tak wysoki u Szwiedowej, że choć po decydującej rozgrywce hamulce puściły i Slava szalała z radości, nie mogła załatwić swoich potrzeb. „5 godzin oczekiwania, aby rzeka chciała rozlać się szerokim strumieniem… Myślałam, że oszaleję. W końcu udało się. Pędziłam z taką radością na lotnisko jakbym była gazelą… Panie z linii lotniczych obsługujące pasażerów dokonywały odprawy biletowo – bagażowej i dziwiły się, dlaczego obdarowywuję je piłeczkami tenisowymi. A ja cieszyłam się, że zdążę na uroczystą domową kolację, bo wiedziałam, że nie mogę sprawić mamie zawodu. Mama całą noc przygotowywała dania, aby córeczka mogła nasycić się smakiem rosyjskiej kuchni… Śmiałam się jak dziecko do pracownic linii lotniczych, rozdawałam im piłeczki, a one pytały się dlaczego to robię. Jeszcze chwila i zapytałyby ile one kosztują” – wspomina z uśmiechem Slava. Ach, ta nieodgadniona słowiańska dusza...

 

Szwiedowa podziwia i kocha swoją mamę. Jest bardzo przywiązana do taty, a gdy jej oczy wędrują daleko poza tenisowy kort, dostrzega również postać mentalnego ojca. Jest nim Polak, Mieczysław Bogusławski, który uczył Jerzego Janowicza wzorowej pracy stóp. „Mieczysław był dla mnie taki dobry. Pracował dla federacji tenisowej w Kazachstanie, ale skończył mu się kontrakt i wraca do Polski. Szkoda, bo bardzo dobrze wspominam okres kiedy pomagał mi rozwijać się tenisowo. Był dla mnie jak tata…” – mówi Slava.

 

Co prawda Szwiedowa szybko zakończyła występy w Melbourne Park, bo odpadła w II rundzie singla z Madison Keys i na tym samym pięterku zakończyła rywalizację w deblu. Tworzyła duet z Samanthą Stosur, a jej pogromczynią była Vania King. Ta sama Vania, z którą Slava zdobyła dwa wielkoszlemowe tytuły… „Cóż, pora założyć szpilki i pójść potańczyć” – rzekła niespełna 29-letnia tenisistka rodem z Moskwy. Trzeba z życia czerpać garściami, bo nigdy nie wiadomo kiedy karta się odwróci… Mądra kobieta – Jaroslava Szwiedowa. Trochę czerpie z filozofii Evonne Goolagong – Cawley...