Janisz o Ekstraklasie: Wreszcie wróciła!

Piłka nożna
Janisz o Ekstraklasie: Wreszcie wróciła!
fot. PAP

Wyczekiwanie ostrzy apetyt. Nadzieje nie zawsze dorównują rzeczywistości, ale wiosenna inauguracja piłkarskiej ekstraklasy dała radość przeżywania emocji wreszcie naszych, chociaż z niewielką pomocą przyjaciół.

Pewnie, że przyjemnie było oglądać podczas dwumiesięcznej przerwy rekordy Barcelony, strzeleckie popisy Roberta Lewandowskiego, dominację PSG czy odzyskiwanie pozycji przez Juventus. I przyjemne dla oka to było i kontakt z wielkim futbolem dawało, który w erze globalizacji jest na wyciągnięcie ręki. Nie tylko za pomocą telewizyjnego ekranu. Turystyka piłkarska kwitnie i za niewielkie pieniądze można już znaleźć się na Camp Nou, Westfallenstadion czy San Siro. Niekoniecznie na Emirates lub Etihad, bo tam żądza pieniądza wygania ze stadionów normalnych ludzi, a miejsce robi dla bogaczy. Ale mimo, że to bliskie to jednak obce, nie nasze. Kibicowanie „Królewskim” z Madrytu lub „Czerwonym Diabłom” z Manchesteru jest jednak kibicowania substytutem jedynie, wyborem może i czasem pierwszym, lecz jednak nie swoim.

 

Miłość zagościła na stadionach! How sweeeeeeet!

 

Stało się więc wreszcie i ekstraklasa wróciła. Zaczęło się co prawda niemrawo, ostrożnie i leniwie, lecz przecież był piątek „weekendu dopiero początek”. Oglądanie spotkania Śląska z Wisłą przeniosło mnie w lata siedemdziesiąte, bo dostojne wyprowadzanie piłki przez Arkadiusza Głowackiego przypominało mi tamte czasy gry bezkontaktowej, gdy atakowanie rywala na jego połowie było co najmniej w złym guście.

 

Sobota już jednak eksplodowała golami, futbolem na wskroś ofensywnym, tym co kibice lubią najbardziej. W Gdańsku obudziła się Lechia, dla której bramki zdobywali walczący o miejsce w kadrze Sebastian Mila i Sławomir Peszko, a także Miloś Krasić, który mistrzostwa i puchary zdobywał w trzech ligach, od naszej notowanych zdecydowanie wyżej, a i Puchar UEFA ma w swym życiorysie i to zdobyty z boiska, a nie z trybun. Pod Wawelem swe aspiracje potwierdziła Cracovia, dla której Bartosz Kapustka przestaje być efektownym talizmanem, a staje się poważnym atutem, nie tylko w kontekście transferu. Strzelił także poważny kiedyś zawodnik Bundesligi Erik Jendriśek. I tylko lider z Gliwic nazywany już „polskim Leicester” nie potwierdził jesiennej stabilności.

 

Niedziela wyborna. Najpierw Lech pokazał Termalice moc wychowanków – Karola Linetty’ego i Dawida Kownackiego wzmocnioną doświadczeniem Szymona Pawłowskiego i entuzjazmem duńskiego obieżyświata Nickiego Bille Nielsena. A potem Legia dzięki pressingowi, który trwał niemal cały mecz zdemolowała Jagiellonię. Nieprzypadkowe gole innych chętnych do wyjazdu na Euro, Tomasza Jodłowca i Michała Kucharczyka, a także dobra gra Artura Jędrzejczyka, który przyćmił mające blisko siedemdziesiąt meczów w Bundeslidze Adama Hlouśka. Skuteczność Nemanji Nikolića to już temat na inne opowiadanie, ba rozprawkę uczoną nawet. Węgierski Serb grający w Warszawie ma imponującą średnią ponad jednego gola na mecz. Jeśli ją utrzyma zostanie rekordzistą wszech czasów, jeśli zwolni to i tak powinien przekroczyć trzydziestkę co nie zdarzyło się od prawie  siedemdziesięciu lat, jeśli dozna nawet strzeleckiej amnezji to i tak powinien dopaść Tomasza Frankowskiego sprzed jedenastu sezonów.

 

Takiego napastnika w Polsce dawno nie było i pisząc to wiem, że w Lechu grał swego czasu Lewandowski. Ale to był młody Lewandowski ruszający dopiero na podbój świata, Nikolić lepiej pewnie już grał nie będzie więc niech cieszy swymi golami polskich kibiców. A było ich sporo. 26 tysięcy w Warszawie, 17 w Poznaniu, 13 we Wrocławiu.

Andrzej Janisz, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze