Włodarczyk, którego rywalem w piątek będzie Walery Brudow, do Sosnowca wybrał się już w środę. Raczej nie tak wyobrażał sobie tę podróż.
Kiedy byłem na dwupasmowej drodze, na wysokości Mszczonowa wyprzedzałem auta. Najpierw jedno BMW zjechało z lewego pasa, aby umożliwić mi przejazd. Niestety co innego zrobiła jadąca za tirem kobieta. Ona postanowiła go wyprzedzić, nie patrząc, że lewy pas jest zajęty… Nie byłem w stanie wyhamować i nie chcąc uderzyć centralnie w jej tył, wcisnąłem się między nią, a tego tira… Później, kiedy mną kręciło, wpadłem jeszcze w barierki – opowiada „Diablo”.
To się jednak nazywa szczęście w nieszczęściu. Choć auto byłego mistrza świata WBC wagi junior ciężkiej nadaje się już tylko do kasacji, to mogło się to skończyć zdecydowanie gorzej.
Tak jak po mieście często nie zapinam pasów, tak robię to zawsze, kiedy wyruszam w trasę. To uratowało mi nie tylko całą twarz, ale i życie. W momencie wybuchu poduszki powietrznej, na szczęście nie uderzyłem w nią. No ale całe auto do kasacji. Wielkie szczęście, że jechałem sam, a miałem zabrać Krzysztofa Kopytka. Wówczas raczej do piątkowej walki by nie wyszedł – byłby za bardzo obity, ponieważ wystrzeliła cała kurtyna boczna. Z kolei tylne drzwi dosłownie wyrwało – dodaje 34-latek.
Włodarczyk zaznacza, że piątkowa walka nie jest zagrożona. O jego dalszą, spokojną podróż zadbał Krzysztof Głowacki, który cofnął się po kolegę ponad 100 kilometrów.


- Jedziemy teraz z Kopytkiem i trenerem Fiodorem Łapinem. Krzysiu Głowacki prowadzi naprawdę spokojnie… = śmieje się "Diablo".

 

W załączonym materiale rozmowa z "Diablo" z magazynu Puncher.