Sebastian Staszewski: W latach 2008-2010 był Pan gwiazdą chińskiej ekstraklasy. Dziwi Pana to, co działo się wokół ligi tej zimy?

 

Emmanuel Olisadebe: Już wtedy było wielu bogatych Chińczyków gotowych, aby inwestować w tamtejszych futbol. Teraz po prostu wyłożyli większą kasę, a to przyciągnęło dobrych piłkarzy. Zmieniło się jednak sporo. Kiedy ja tam wyjeżdżałem, zbliżałem się do końca kariery. Teraz biorą zawodników z mocnych klubów. Na pewno wpłynie to pozytywnie na rozwój tamtejszej ligi.

 

Ale rozmach musiał Pana zaskoczyć. Zimą Chińczycy wydali na zakupy ponad 300 milionów euro! Dużo więcej, niż na przykład kluby Premier League.

 

Plotki, że coś takiego może się wydarzyć, były od dawna. Więc nie jest to jakaś wielka niespodzianka. Odkąd tam byłem, wiedziałem, że Chińczycy planują inwestycje. Zdziwiony jestem tylko tym, jacy zawodnicy z Europy zgodzili się na wyjazd do Szanghaju czy Pekinu. Ale wiem, że chodzi o kasę…

 

Czy liga chińska może stać się silniejsza, niż czołowe ligi europejskie?

 

Nie wydaje mi się. Na pewno będzie się bardzo rozwijać, ale rozgrywki europejskie także rosną. Zawodnicy, którzy wyjeżdżają do Chin, jadą tam dla pieniędzy. Nie są to piłkarze z samego topu. W tej chwili Chinese Super League musi przeskoczyć J-League, czyli ligę japońską, później amerykańską MLS. Dopiero wtedy może rywalizować z rywalami ze Starego Kontynentu.

 

Chiny mają plan, czy tylko szastają pieniędzmi?

 

Moim zdaniem po prostu wydają kasę. To potrwa jeszcze jakiś czas. Chińczycy chcą stworzyć najlepszą ligę świata, ale do tego potrzeba Leo Messiego i Neymara. A nie sądzę, aby oni się tam przenieśli. Chociażby dlatego, że trudno grać w reprezentacji narodowej występując w Chinach. Wydaje mi się, że muszą minąć lata, zanim Chińczycy zbudują potęgę, o jakiej śnią.

 

Może mieć Pan satysfakcję, że przetarł Pan szlak Ramiresowi, Ezequielowi Lavezziemu czy Jacksonowi Martínezowi… Z Chin przywiózł Pan tylko dobre wspomnienia, czy jest także ciemna strona tego wielkiego państwa?

 

Dla mnie osobiście – a spędziłem tam trzy lata – był to najlepszy czas w moim życiu. Sam byłem zdziwiony tym, co tam zastałem. Chińczycy dobrze pracowali, płacili duże pieniądze, sporo zobaczyłem. To był fajny okres.