Steve Kerr, Scottie Pppen, Dennis Rodman czy wreszcie Michael Jordan. Legendarny wręcz zespół Chicago Bulls 20 lat temu wykręcił mityczny rekord 72:10 w sezonie zasadniczym, po czym ograł Seattle Supersonics 4:2 w finałach zdobywając czwarty mistrzowski pierścien na przestrzeni sześciu sezonów. Jak się jednak okazuje, dzisiaj na parkietach NBA oglądamy jeszcze lepszy zespół!

Broniący tytułu Golden State Warriors mieli okazję pobić rekord w obecnych rozgrywkach, a decydujące miało być ostatnie spotkanie sezonu zasadniczego przeciwko Memphis Grizzlies. Wojownicy byli zdecydowanym faworytem spotkania z siódmą drużyną Konferencji Zachodniej i sprostali wyzwaniu pewnie zwyciężając aż 125:104.

Pierwsze skrzypce w zespole ubranym na niebiesko-żółto tradycyjnie już odgrywał lider zespołu Stephen Curry, który spotkanie zakończył z imponującym wynikiem 46 punktów, na które składało się aż 10 trójek. Curry tym samym ustanowił inny rekord - aż 402 trójki w całym sezonie, dystansujący tak uznane w tej kwestii nazwisko jak chociażby Ray Allen.

Mistrzowie rozegrali kolejny koncert w Oracle Arena już od początku imponując wielkim luzem, co dawało im znakomitą skuteczność w ataku (aż 20 pkt przewagi w przerwie). Trybuny szalały rozentuzjazmowane perspektywą pobicia 20-letniego rekordu Byków, a Curry'ego w ofensywie wspomagali Klay Thompson (16 pkt) i Harrison Barnes (15). W pierwszej rundzie play-off Wojownicy zmierzą się ze sklasyfikowanym oczko niżej od Grizzlies Houston Rockets i nikt nie wyobraża sobie, żeby seria nie zakończyła się okazałym zwycięstwem zespołu z Oakland.

 


Golden State Warriors - Memphis Grizzlies 125:104 (70:50)