Był pięściarzem zjawiskowym, podobnie jak nietuzinkowym był człowiekiem. Miał 18 lat, gdy wygrał igrzyska olimpijskie w Rzymie (1960) pokonując w finale kategorii półciężkiej Zbigniewa Pietrzykowskiego, czterokrotnego mistrza Europy.

 

Legendarny masażysta polskich bokserów, Stanisław Zalewski, opowiadał mi podczas jednego ze zgrupowań w Cetniewie, że gdyby nie splot różnych okoliczności, to Pietrzykowski stałby wtedy na najwyższym stopniu olimpijskiego podium.

 

Ale nasz mistrz nie miał złudzeń: Cassius Clay (bo tak się wtedy nazywał późniejszy Muhammad Ali) był lepszy – mówił pół wieku później, gdy spotkaliśmy się w Bielsku Białej, gdzie mieszkał. – Był wybitny, nie sposób było go trafić. A przy tym sam bił od niechcenia, szybko, kąśliwie i boleśnie – wspominał.

 

Cztery lata po olimpijskim sukcesie Ali był już zawodowym mistrzem świata. W Miami pokonał wielkiego faworyta, Sonny Listona, o którym słynny Angelo Dundee powie mi w 1996 roku, że zdusiłby Evandera Holyfielda jedną ręką, jak kota.

 

Dundee stał w narożniku Alego w jego największych walkach, był też jego prawdziwym przyjacielem. Gdy podczas pamiętnej wizyty na Florydzie, gdzie Andrzej Gołota przygotowywał się do rewanżowego pojedynku z Riddickiem Bowe, zapytałem Angelo, kto był największym bokserem w historii, nie zastanawiał się ani chwili. – Ali, był największy. Zgoda, „Sugar” Ray Robinson też był niesamowity, nie brakuje głosów, że to on zasługuje na to miano, wspaniałym mistrzem był Ray” Sugar” Leonard, ale dla mnie wyjątkowość Alego jest niepodważalna -  dobitnie podkreślił.

 

W Polsce po raz pierwszy zobaczyliśmy jego zawodowy pojedynek w 1974 roku, gdy w Kinszasie nokautował George’a Foremana. I choć TVP pokazała walkę z odtworzenia, to i tak było to epokowe wydarzenie. W 1987 roku, podczas prywatnego pobytu w Peru miałem  okazję zobaczyć jego porażkę z Leonem Spinksem, z 1978 roku. I pamiętam jak wielkie było to przeżycie.

 

W 1996 roku, gdy zapalał znicz na igrzyskach w Atlancie, cierpiał już na chorobę Parkinsona. W Sydney (2000), gdy pojawił się na spotkaniu z dziennikarzami, niewiele przypominał tego, który kiedyś czarował w ringu. Stałem od niego, metr, może dwa. To było spotkanie bez słów, ale takie, które zostaje w pamięci na zawsze.

 

Od lat żył jak na huśtawce, jego stan pogarszał się, by po kolejnym pobycie w szpitalu można było ogłosić światu, że już jest lepiej. Jego wielcy rywale, Joe Frazier i Ken Norton umarli wcześniej, nie żyje Angelo Dundee. Tylko znacznie młodszy Foreman trzyma się dobrze.

 

Z trzech walk z Frazierem do historii przeszły dwie, ta z 1971 roku w Nowym Jorku i ta z Quezon City, cztery lata później. Pierwszą przegrał, ale na ringu w Madison Square Garden świat znów zobaczył wielkiego Alego. Na Filipinach była już wojna na całego, taka na śmierć i życie. Trener Eddie Futch poddał Fraziera po 14 rundzie.

 

Po latach miałem przyjemność skomentować ten pojedynek z taśmy i do dziś uważam go za najlepszy w historii zawodowego boksu. Takich sportowych wojen się nie zapomina.

 

Tak jak nikt, kto zetknął się z tą dyscypliną nigdy nie zapomni Cassiusa Claya (vel Muhammada Alego), czarnoskórego mistrza pięści z Louisville, który wywarł niezatarte piętno na czasach w których żył.