Łukasz Majchrzyk: Ściskałeś puchar za mistrzostwo Polski bardzo mocno...

Mateusz Ponitka:
To już trzecie mistrzostwo z rzędu dla mnie (dwa wcześniejsze w Belgii - przyp. Ł. M.). Fajnie jest wygrywać, niezależnie od tego, ile punktów rzucasz, bo punkty nie są najważniejsze. To powie ci każdy trener i każdy dojrzały zawodnik. Kiedy zespół daje z siebie wszystko, kiedy każdy dokłada swoją cegiełkę, czujesz się rewelacyjnie.

Nie szalałeś z punktami w tym finale, ale ważne było to, żeby zdobywać je w ważnych momentach? To się liczy?

Jak byś zapytał trenera Saso Filipovskiego, jaki jest klucz do wygrania meczów w finale, to ci powie, że: obrona, zbiórka i mądra ofensywa. Tego się starałem trzymać. To, że nie rzucałem po 20 punktów w ogóle mi nie przeszkadza. Cieszę się, że wygrałem mistrzostwo, bo to był najważniejszy cel. Zostałem też MVP sezonu zasadniczego, za co dziękuję wszystkim trenerom, którzy na mnie głosowali. To było dla mnie miłe zaskoczenie. Dla mnie najważniejszy był zespół i to się nie zmieni. Można mówić, że nie rzucam. Jak trzeba będzie, to ja trafię. Nie martw się o to. Moim celem osobistym jest to, żeby każdy zawodnik grał lepiej, kiedy ja jestem na boisku.

Twoim celem jest gra w najlepszych ligach, więc dobrze, że się udało zdobyć mistrzostwo Polski teraz, bo nie wiadomo, czy kiedyś jeszcze byłaby okazja?

Nie wiem. Teraz mam wakacje i nie chcę myśleć, co będzie dalej. Mam swoje plany i będę się ich trzymał. Nie wiem, gdzie wyląduję, ale na pewno będę wybierał zespół, który będzie walczył w pucharach i o najwyższe cele. Ja chcę grać zawsze o mistrzostwo, o medale, to mnie interesuje. Nie muszę być gościem, rzucającym po 20 pkt w przedostatnim zespole ligi.

Co ci dał ten sezon? Jak się rozwinąłeś?

Dojrzałem koszykarsko i mentalnie. Poprawiłem kilka elementów: obrona, gra na pick&rollu, podania - dużo nad tym pracowaliśmy. Rozwinąłem się, jeśli chodzi o przywództwo na parkiecie. Ze mną na parkiecie drużyna zazwyczaj jest na plusie i na tym mi najbardziej zależy. Powtórzę: punkty nie są najważniejsze. Mogę rzucać po 10 pkt, ale jeśli będę do tego dawał po 8 zbiórek i 6 asyst, to jesteśmy nie do zatrzymania.

Wskazówki taktyczne trenera Filipovskiego to też jest skarb z tego sezonu?

Wiele mu zawdzięczam, ciężko pracowałem pod jego okiem i mam nadzieję, że nasze drogi jeszcze się gdzieś skrzyżują. To jest trener, który ma naprawdę świetlaną przyszłość przed sobą. Jest młody, energiczny, ma plan, wizję, której się trzyma. Cieszę się, że mogłem być w Stelmecie pod jego skrzydłami. Dużo mnie nauczył, dużo rozmawialiśmy o koszykówce i nie tylko. Ten sezon mi dużo dał jako zawodnikowi i człowiekowi.

Jak wyście przyjmowali jego bardzo impulsywne reakcje?

Nie widziałeś mojego trenera z Ostendy. To, co robi Saso, to jest nic przy nim. W takiej skali to on jest naprawdę spokojny. To jest trener kompetentny i ma też w głowie zawsze, że jak przekroczy pewną granicę, to zostanie wyrzucony z boiska, albo dostanie przewinienie techniczne, a tego nikt by nie chciał. Cieszę się, że jest jaki jest.

To jest trochę kontrolowane i służy tylko pobudzeniu was? Takich gier psychologicznych też się nauczyłeś w minionym sezonie?

Pamiętasz pierwszy mecz finału? Wygrywamy jednym punktem i Koszar dostał faul techniczny. I bardzo dobrze, że go dostał, bo to podziałało bardzo motywująco na zespół. Czasami myślisz sobie, że ktoś przesadził z reakcją, ale jeśli głębiej się zastanowisz później, to taka sytuacja może napędzić zespół, zmieniło obraz gry.

To było miłe, jak wymieniłeś Jure Drakslara wśród osób, którym wiele zawdzięczasz. Pamiętasz, jak rozmawialiśmy w Zielonej Górze i spierałeś się z nim o dietę?

Tak, zacząłem jeść masło, jak tego chciał (śmiech).

Problem odżywiania się sportowców jest coraz częściej omawiany, Robert Lewandowski jest stawiany za wzór. Tego też się nauczyłeś w Zielonej Górze? A może już wiele rzeczy wiedziałeś?

Powiem ci, że wielką pracę wykonała w tym sezonie moja narzeczona. Wspólnie kontaktowaliśmy się z Jure. Już nawet w Belgii mi pomagała, kiedy razem tam mieszkaliśmy. Żywienie, to co w siebie wlewasz, jest niesamowicie ważne. Dzisiaj to widzę. Mam dopiero 22 lata, przed sobą 13-15 lat gry. Cieszę się, że tak szybko się tego nauczyłem, że skorzystałem z wiedzy doświadczonych ludzi i, że poznałem moją narzeczoną, która poświęciła dla mnie wiele i za to jej serdecznie dziękuję. I za to ją kocham.

Jure Drakslar ustalał menu na wspólne kolacje zespołu, o których mówiłeś?

Myślę, że maczał w tym palce. Kiedy moja narzeczona zaprosiła go do naszego domu na kolację, to był pod wielkim wrażeniem i chciał przyjść też na drugi dzień.

Golden State Warriors też się spotykali na wspólnych kolacjach. Takich wzorów też się szuka?

Nie miałem o tym pojęcia. My jesteśmy Stelmet Zielona Góra. Robimy po swojemu.

Przed tobą sezon reprezentacyjny...

Reprezentacja jest dla mnie bardzo ważna i zawsze dam w kadrze z siebie 100 procent, jeśli tylko trener będzie mnie potrzebował. Na pewno jestem w orbicie jego zainteresowań. W zeszłym raoku dobrze poszło nam na ME. Szkoda, że trafiliśmy na późniejszych zwycięzców Hiszpanów. Może w innym wypadku zaszlibyśmy dalej? W tym sezonie już nie będzie prawdopodobnie Marcina Gortata i nie mogę się doczekać nowych wyzwań, ale na pewno najpierw chciałbym odpocząć.

Poruszyłeś ciekawą kwestię dojrzewania do różnych ról w zespole. Gortat był kapitanem kadry. Byłbyś gotowy przejąć jego rolę?

Zostać kapitanem? Myślę, że są starsi zawodnicy, którzy mają większy posłuch. Ja wolę na parkiecie dyrygować. Ja robię swoje na boisku.