FF: 2 marca 2013 roku wygraliście z Reims z PSG trenowanego wówczas przez Carlo Ancelottiego i mającego w składzie Ibrahimovica i Beckhama...

Grzegorz Krychowiak: To był sukces symboliczny, trochę specjalny, bo strzeliłem zwycięskiego gola. Ale to były tylko zdobyte trzy punkty.

Trzy lata później jest Pan w PSG. Jak Pan uświadamia sobie przebytą drogę?

Trafiła się okazja, by zrobić krok do przodu. Wiem, że celem Paryża jest wygrać Ligę Mistrzów. Taki jest również mój cel. Po Lidze Europy chciałbym zdobyć ten prestiżowy puchar. Jestem świadomy, że wszyscy paryżanie na to czekają. I to mnie jeszcze bardziej motywuje. Myślę, że jesteśmy w stanie zdobyć to trofeum.

Wahał się Pan przed złożeniem podpisu na kontrakcie z PSG?

Ani przez chwilę. Odkryłem dużo pięknych rzeczy w Sevilli. To wielki klub, któremu chciałbym wyrazić wdzięczność za zaufanie. Zdobyłem dwa razy z rzędu Ligę Europy i moje nazwisko stało się bardziej znane w Europie. Ale mój cel to ciągły postęp i perspektywa gry w Champions League mnie przekonała.

Czy rozmawiał Pan z Unai Emery na temat przejścia? I czy jest Pan gotowy siąść na ławce, gdyby taka była decyzja trenera?

W ogóle takiej ewentualności nie biorę pod uwagę. Oczywiście, że rozmawiałem z trenerem. Ale przecież żaden trener nie zagwarantuje ci czasu gry. To do mnie należy zdobycie zaufania zarówno trenera, jak i partnerów.

Jak określiłby Pan Unaia Emery'ego, który trenowała Pana dwa sezony w Sevilli?

Jestem pod wrażeniem jego osobowości. To ktoś, kto mi zaufał, co nie było takie oczywiste. Mam dla niego ogromny szacunek. Skoro osiągnął taki sukces z Sevillą, to efekt pracy. Niektórzy powiedzą, że to to tylko Liga Europy, ale ze środkami jakimi dysponował to coś wyjątkowego. Zobaczycie, ten facet żyje piłką, nie pozostawia nic przypadkowi. Każdy najmniejszy detal ma dla niego duże znaczenie. To pasjonat, który przekazuje swą energię, chęć udowodnienia, większej pracy, aby być wyższym, przejść samego siebie. Często używa słów "praca" i "respekt".

Czy powiedziałby Pan, że "popchnie" Ligue 1?

Myślę, że tak. Przeniesie do Paryża swoje pomysły. Jego metody są inne. To fachowiec z najwyższej półki.

Zapłacono za Pana 30 milionów euro, a Reims wydało tylko 800 tysięcy euro, by wyrwać Pana z Bordeaux.

Nie myślę o odwecie, nie odczuwam żalu, że mi nie zaufano. Zawszę będę wdzięczny Bordeaux, że mogłem się tam rozwijać. Wtedy trener musiał dokonać wyboru. I nie cieszy mnie fakt, że się pomylił, tylko że mi się udało.

Pamięta Pan, kiedy mając 16 lat, opuścił Pan Polskę?

Nie za bardzo. Pamiętam za to, jak w meczu 16-latków spodobałem się działaczom Bordeaux. Zaraz wyraziłem zgodę. To nie było poświęcenie, a raczej duża szansa. W Bordeaux daleko miałem do przyjaciół, kraju, rodziców, ale potraktowałem to jako przygodę. Z domu wyjechałem w wieku 11 lat, by grać w piłkę. Miewałem trudne chwile, ale przyjmowałem to z uśmiechem.

Skąd u Pana spokój i determinacja?

Mój tata był wojskowym. Miałem fajne dzieciństwo, ale tata miał czasami twardą rękę w kwestiach wychowawczych. To pozwoliło mi dobrze się wykształcić.

Na pana temat Timothee Kolodziejczak powiedział ostatnio, że jest Pan zaprogramowany i że Pana życie toczy się między treningami a siestą. Czy to trafne spostrzeżenie?

Tak to wygląda. W Sevilli zaczynało się kolację o 22, a ja o tej godzinie byłem już w łóżku. To może dlatego jestem, gdzie jestem. Praca to zawsze praca. W końcu to przyjemność. Zapewniam, że jestem szczęśliwy w moim piłkarskim życiu.