„Uwielbiam czuć wiatr we włosach od dziecka. Najbardziej podczas jazdy motorem, ale moją Yamahę XJ 600 musiałam trzy lata temu odstawić do garażu. Trener Marek Rożej zabronił mi jazdy. I nie protestowałam, bo ma rację. Nie mogę ryzykować kariery. Nawet gdybym jechała spokojnie, to ktoś we mnie się wpakuje. A skąd ta motoryzacyjna pasja? Tato był żużlowcem” – powiedziała wrocławianka.

Linkiewicz jeszcze nigdy nie stanęła na podium tak dużej imprezy. Ten sezon ma jednak znakomity. Nie tylko wyśrubowała do 55,25 rekord życiowy, ale także zapewniła sobie udział w igrzyskach olimpijskich.

„Nie mogę ciągle uwierzyć, że mam medal. Jestem przeszczęśliwa i tylko mi bardzo żal, że mój dziadek Piotr nie mógł obejrzeć tego finału. Od niedawna jest 'na górze' i chyba widział, jak dzisiaj walczyłam. On mi bardzo kibicował, tak jak i moje rodzeństwo – o dwa lata młodsza Gosia, która biega 400 m, oraz starszy o dwa lata brat Michał, grający wcześniej w koszykówkę” – wspomniała.

Jak zaznaczyła, dużo zawdzięcza trenerowi i jest przekonana, że w Rio de Janeiro „złamie” 55 sekund.

„Jestem przygotowana na taki wynik, trzeba tylko trafić na odpowiednie warunki. W niedzielę były zróżnicowane. Najpierw 200 metrów pod wiatr, potem w plecy, zgubiłam przez to rytm i nie bardzo wiedziałam, co i jak korygować. Ale co tu opowiadać, mam medal i to najważniejsze. A skąd się bierze moja siła na ostatniej prostej? Nie wiem” – przyznała.

W 2002 roku brązowy medal mistrzostw Europy na 400 m przez płotki zdobyła w Monachium Anna Jesień.

„Jestem dumna, że dziś nawiązałam do dobrych tradycji w tej konkurencji, bo przecież Ania przez ładnych parę lat królowała u nas na płotkach, a także wspomagała sztafetę 4x400 metrów” – dodała Linkiewicz.