25-letni mańkut z Liverpoolu ma niezły rekord (22-1, 7 KO), ale nijak ma się on do osiągnieć dziesięć lat starszego „El Chacala”. I nie chodzi tylko o bilans jego zawodowych walk (16-0, 10 KO), bo ten nie rzuca na kolana. Mieszkający w Miami uciekinier z „Gorącej Wyspy”, dwukrotnie wygrywał igrzyska olimpijskie (2000 – Sydney, 2004 - Ateny) i mistrzostwa świata (2001 – Belfast, 2005 – Mianyang), siedmiokrotnie stawał na najwyższym stopniu podium mistrzostw swojego kraju, co też ma konkretną wartość. Wszystkie te trofea zdobywał w wadze koguciej (54 kg).

 

Na zawodowy szczyt też wszedł szybko, w siódmej walce pokonał Ricardo Cordobę i został mistrzem interim WBA kategorii super koguciej, a w dziewiątej znokautował Rico Ramosa i był już mistrzem regularnym tej organizacji.

 

Dziś w nocy właśnie ten pas będzie w Cardiff stawką w starciu z Dickensem, który na papierze nie ma szans na sukces. Prawdę mówiąc tylko trzęsienie ziemi może mu dać zwycięstwo, gdyż Guillermo Rigondeaux jest od niego dwie klasy lepszy. Ale choć wszyscy doceniają jego sportową klasę, nie robi jednak wielkiej kariery w USA, dokąd uciekł skutecznie w 2009 roku. Dwa lata wcześniej uciekał bowiem nieskutecznie, z Erislandy Larą, podczas Igrzysk Panamerykańskich w Rio de Janeiro. Zostali wtedy zatrzymani przez policję i wysłani z powrotem na Kubę. Wydawało się, że to koniec ich karier, a jednak w końcu dopięli swego.

 

Guillermo Rigondeaux nigdy nie walczył zbyt efektownie. Był jednak piekielnie skuteczny z racji stylu, który prezentuje. Pamiętam go doskonale jak wygrywał igrzyska w Sydney i Atenach (które komentowałem), czy mistrzostwa świata w Belfaście. Był tak dobry, że aż nudny, rywale nie mieli z nim szans. A przecież w walce o olimpijskie złoto w Sydney jego przeciwnikiem był znakomity Rosjanin, Raimkuł Małachbiekow, ten sam, który pięć laty wcześniej pokonał w finale MŚ w Berlinie Roberta Cibę.

 

Teraz jest tak samo, Rigondeaux wygrywa, ale w jego walkach nie ma emocji. Stąd problemy. Gdyby był Amerykaninem jego kariera z pewnością wyglądałaby inaczej. Ale on mówi tylko po hiszpańsku i nawet nie stara się zmienić swojego wizerunku. Mógłby przecież walczyć agresywniej, poszukać częściej nokautu, bo to potrafi. Ale jest uparty i robi to co chce, bo uważa, że i tak jest najlepszy na świecie.

 

A przy tym jest za mały, by zmieniać kategorie na wyższe, tak jak robili to Manny Pacquiao czy Floyd Mayweather Jr. Kiedy trzy lata temu pokonał w wielkim stylu Nonito Donaire’a - jedną z największych wówczas gwiazd zawodowego boksu wydawało się, że drzwi do sławy i wielkich pieniędzy otworzył sobie szeroko. Nic takiego nie miało jednak miejsca.  

 

W Cardiff nie powinien mieć problemów z Dickensem, ale mam wątpliwości, by jego kariera nagle nabrała tempa. Dalej będą go unikać, bo jest pięściarzem kompletnym, a przy tym leworęcznym, który pozycję mańkuta wykorzystuje perfekcyjnie. Pewnego dnia będzie musiał (z przyczyn finansowych) zdecydować się jednak na walkę w wyższym limicie i przegra. Ale jeszcze nie teraz, jego panowanie trochę potrwa.