37-letni Uzbek (34-3-1, 21 KO) ma ponoć problemy z oczami, ale to chyba nie jedyne dolegliwości „Białego Tysona”. Czagajew dostał niedawno propozycję walki o mistrzowski pas WBA w wersji regular z Fresem Oquendo, po tym gdy okazało się, że Australijczyk Lucas Browne, który w marcu pokonał Uzbeka, był wtedy na dopingu i pasek ten wrócił ponownie do Rusłana. Ostatecznie został go jednak pozbawiony, bo nie uiścił opłaty dla federacji, wynoszącej 40 tyś dolarów.

 

Rusłan Szamiłowicz Czagajew urodził się 18 października 1978 roku w Andiżanie (Uzbekistan), ale mówi o sobie, że jest Tatarem z krwi i kości. Kiedy przed laty długo rozmawialiśmy o jego życiu przyznał jednak, że po tatarsku mówi słabo. Najchętniej używa języka rosyjskiego, porozumiewa się też po uzbecku i niemiecku, ale choć w Niemczech, konkretnie w Hamburgu, mieszka już kilkanaście lat, wciąż ma problemy, by posługiwać się  językiem niemieckim płynnie.

 

Tamta rozmowa pod Giewontem, gdzie przygotowywał się do rewanżowej walki z Nikołajem Wałujewem (ostatecznie nie doszła do skutku) pozwoliła mi znacznie lepiej poznać „Białego Tysona”, jak go nazywano. On zabierał się właśnie za kopiasty talerz krewetek przygotowanych specjalnie dla niego, a ja zadawałem pytania. Jego opowieść o rodzicach pochodzących z małej tatarskiej wioski, o tym jak chciał zostać zapaśnikiem, ale na sali treningowej nie było już miejsca i trafił do grupy bokserskiej, była zajmująca. Ojciec niestety nie żyje od dawna, matka też zmarła młodo na serce. W Uzbekistanie została tylko siostra, on z żoną i dziećmi mieszka w Hamburg, ale kiedy tylko jest  możliwość stara się ją odwiedzać.

 

Niewysoki (185 cm), krępy mańkut, który potrafi pisać prawą ręką i nokautować tą ręką rywali. Miał zaledwie 17 lat, gdy wygrał mistrzostwa Azji, a rok później był medalistą MŚ juniorów. W 1996 roku poleciał na igrzyska olimpijskie do Atlanty, ale już w pierwszym pojedynku przegrał z Niemcem Luanem Krasniqim i odpadł z turnieju.

 

W 1997 roku sprawił wielką sensację wygrywając w finale mistrzostw świata rozgrywanych w Budapeszcie z legendarnym Felixem Savonem. Z Kubańczykiem, który sześciokrotnie zdobywał mistrzostwo świata ma dodatni bilans, pokonał go dwukrotnie, a przegrał tylko raz, podczas MŚ w Houston (1999).

 

Ale tamten złoty medal z Budapesztu mu odebrano, bo okazało się, że wcześniej stoczył w USA dwa czterorundowe zawodowe pojedynki za które otrzymał 400 dolarów. I tak miał jednak sporo szczęścia, bo po rocznej dyskwalifikacji wrócił na ring. I choć na igrzyskach w Sydney (2000) znów mu się nie powiodło (przegrał w eliminacjach z Gruzinem Władymirem Czanturią), to rok później, w Belfaście, stanął na najwyższym stopniu podium MŚ. Tym razem już w wadze superciężkiej.

 

– Nie zamierzałem znów zbijać 11 kg, tak jak w Sydney. Wtedy „robienie” wagi mnie zgubiło, więc w końcu zdecydowałem się na zmianę kategorii. I odżyłem – opowiadał mi w Zakopanem zajadając się krewetkami. Warto przypomnieć, że w Belfaście Uzbek wszystkie walki wygrał przed czasem.

 

Rusłan w czasie kariery zawodowej lubił przygotowania pod Tatrami, choć nie wszyscy wiedzą, że nie znosił biegania po górach. Pamiętam jak się wtedy wspinał w kopnym śniegu na Rysy. Długo to trwało, ale się nie poddał, dotarł do celu ostatni.

 

I taki był, gdy toczył swoje najlepsze walki: twardy, nieustępliwy, a przy tym, jak to sam żartobliwie określił – jadowity. Pokonany schodził z ringu tylko trzy razy: z Władymirem Kliczką w 2009 roku, Aleksandrem Powietkinem dwa lata później i Lucasem Brownem, cztery miesiące temu. W każdym z tych pojedynków stawką były mistrzowskie pasy. Z młodszym z ukraińskich braci nie miał wiele do powiedzenia, ale zarobił najwięcej w karierze. Z Powietkinem do końca bił się o zwycięstwo, ale przegrał zasłużenie. Z Brownem został poddany, ale był już cieniem tego Czagajewa, który przed laty potrafił pokonać takiego olbrzyma jak Nikołaj Wałujew.

 

Tamten pojedynek, w 2007 roku, gdy wygrał po ciężkiej walce z mierzącym 2013 cm i ważącym ponad 140 kg Rosjaninem i zdobył pas WBA, wystawia mu jak najlepsze świadectwo. Pokazał wtedy mistrzowską klasę. Dobrze, że zdecydował się na zakończenie kariery. Od dawna walczył tylko dla pieniędzy, a problemy ze zdrowiem miał przecież od dawna. Tylko niech już nie zmienia tej decyzji i nie wraca. Tamtego Czagajewa, którego ceniłem za bokserskie umiejętności już dawno nie ma.