W pierwszym meczu na igrzyskach Amerykanie męczyli się z Chińczykami tylko przez pierwsze trzy minuty, dlatego Wenezuelczykom dawano jeszcze mniejsze szanse na walkę z gwiazdami NBA. Tymczasem w pierwszej kwarcie zawodnicy z Ameryki Południowej dobrze pilnowali rywali, a problemy mieli jedynie z Kevinem Durantem, który zdobył pierwsze siedem punktów dla faworyta. Wenezuela nie dawała jedak za wygraną - jej gracze odważnie wchodzili pod kosz, gdzie byli regularnie faulowani i celnie wykonywali rzuty osobiste. Wynik 18:18 po dziesięciu minutach mógł być dla kibiców lekkim szokiem.

Sytuacja wróciła jednak do normy już po krótkiej przerwie, gdy Amerykanie zwarli szyki w obronie. Tym razem akcje ich rywali były nieprzemyślane, a cwani faworyci bezwzględnie kontrowali kopciuszka. Na parkiecie pojawili się rezerwowi, między innymi Jimmy Butler, którego niekonwencjonale akcje i celne osobiste były jednym z elementów, które rozbiły Wenezuelczyków. Tylko 8 punktów Wenezueli przy 30 Amerykanów, dało tym drugim prowadzenie do przerwy 48:26.

Druga połowa nie była wielkim widowiskiem, choć trzeba przyznać koszykarzom z Wenezueli, że znowu podjęli rękawicę rzuconą przez sławnych przeciwników. Po trzeciej wyrównanej kwarcie przyszła jednak czwarta, którą Amerykanie rozegrali pod swoje dyktando. Na ławce rezerwowych usiedli między innymi Carmelo Anthony czy Durant, a pod ich nieobecność na parkiecie szalał między innymi Paul George. Każda akcja Amerykanów kwitowana była żywiołową reakcją ławki rezerwowych i kibiców. Faworyci dali show... i ponownie przekroczyli granicę 100 punktów po trafieniu Butlera.

Ostatecznie USA pokonało Wenezuelę 113:69.

 

USA - Wenezuela (18:18, 30:8, 27:25, 38:18)