Obie ekipy czekały na mistrzostwo niemal wieczność – Cubs od 1908 roku, Indians od 1948. Drużyna z Wietrznego Miasta była więc w zawodowym amerykańskim sporcie najdłużej wyczekującą na kolejny triumf ligowy. A mimo to od lat o Indianach mówiło się, że to wyjątkowo feralny zespół, w pewnym sensie pośmiewisko ligi (w 1989 roku nakręcono tam film Major League z Charliem Sheenem w roli głównej o grupie największych nieudaczników w MLB, którzy podbijają ligę), a Cleveland nazywano najbardziej pechowym miastem sportu w USA. Do czasu tegorocznego triumfu Cleveland Cavaliers w NBA.


Wydawało się, że ekipa LeBrona Jamesa odczarowała klątwę, że jest szansa na kolejne zwycięstwo w prestiżowej lidze. Zaczęto nawet mówić o szczęśliwej passie, a Partia Republikańska zwołała w tym mieście narodową konwencję. W dniu początku sezonu NBA, kiedy James świętował mistrzostwo i wykrzykiwał „Cleveland against the World” (Cleveland przeciw światu), Indians wygrywali trzeci mecz finałów. Dzień później prowadzili już 3-1 i brakowało im jednego zwycięstwa. Nie udało się.


Cubs wygrali kolejne trzy spotkania (3:2, 9:3 i 8:7), w tym to ostatnie, które ESPN nazwał „największym siódmym meczem World Series w historii”. Spotkanie trwało 4 godziny i 45 minut i zakończyło się już po północy miejscowego czasu. Można opisywać by po kolei, co działo się podczas tego spotkania, ale i tak wystarczą słowa samych bohaterów: - To był najlepszy mecz, w jakim wziąłem udział i najlepszy mecz, jaki kiedykolwiek widziałem – powiedział Anthony Rizzo z Cubs.


Cubs więc wracają na tron po ponad 100-letnim wyczekiwaniu. Być może nie ma więc wśród ich fanów nikogo, kto pamiętałby poprzedni triumf! A przecież mimo tak długiego postu należą do najbardziej znanych i najbogatszych klubów w USA – wyceniani są przez „Forbes” na 2,2 miliarda dolarów, co daje 21. miejsce na liście najbogatszych na świecie, a piąte wśród klubów MLB. Teraz jednak przede wszystkim są zwycięzcy. W końcu!