Marcin Held nie mógł wymarzyć sobie lepszego przeciwnika na debiut w UFC. Polak zmierzył się bowiem z Diego Sanchezem, który najlepsze lata ma raczej za sobą, lecz ciągle jest bardzo rozpoznawanym zawodnikiem, który zawsze daje z siebie sto procent. Jego oktagonowe wojny - jak choćby ta z Gilbertem Melendezem - na zawsze wpiszą się w historię MMA. To już jednak przeszłość, a Amerykanin się nieco zmienił.

Sanchez dążył do konfrontacji już na ich pierwszym spotkaniu, lecz Polak nie był tym zainteresowany - wszystko miało rozstrzygnąć się w oktagonie. Pierwsza runda była toczona głównie w stójce, a tam przewagę miał Held. Obaj zawodnicy szukali obaleń, ale były to próby bezskuteczne. Mimo że Amerykanin kilka razy trafiał kombinacjami, to wszystko szło po myśli tyszanina. Był nawet bliski zapięcia gilotyny na kilka sekund przed końcem.

Druga runda to już jednak rozgrywka parterowa, w której prym wiódł Sanchez, nic nie robiąc sobie z licznych skrętówek w wykonaniu Polaka. "The Nightmare" korzystał z zaplecza zapasów i nie pozwalał rywalowi na powrót do stójki. Przeszedł nawet do półgardy i oddał kilka soczystych ciosów, a pod koniec zdobył jeszcze plecy Helda.

Polak dobrze rozpoczął ostatnie starcie. Celnie punktował w stójce, lecz po kilku dobrych podbródkowych, które rywal wyraźnie odczuł, poszukał obalenia. To okazało się złym pomysłem, bo jego próba została zastopowana, a walka faktycznie trafiła na ziemię, tyle że z Sanchezem na górze. Held próbował wydostać się z tej pułapki, lecz spędził większość rundy na dole. Sanchez atakował i po ostatnim gongu wiedział, że wygrał.

 


Sędziowie punktowi nie mieli wątpliwości i punktowali 29:28, 29:28 i 29:27 dla Sancheza.