O tym, jak modelowo powinny wyglądać tego typu konkursy, wie każdy, średnio bystry menedżer. Ich przebiegu - jeśli w ogóle - obwieszcza się dopiero, kiedy finałowa lista kandydatów jest dopięta. A najlepiej wyjść i poinformować o samym zwycięzcy, przedstawić go publiczności, zaprezentować cele i uroczyście podpisać kontrakt. Doskonale zdaję sobie sprawę, że wymaga to przez kluczową osobę w federacji wzięcia na siebie odpowiedzialności za ten wybór, ale taka jest cena za wszelkie przywileje wynikające z prowadzenia jednej z najważniejszych sportowych federacji w Polsce, a w siatkarskim środowisku jednej z najważniejszych na świecie. Wymaga to też absolutnej dyskrecji, nie należy zdradzać nazwisk kandydatów, którzy przepadli w eliminacjach, czy już w fazie finałowej, nawet jeśli takiego zastrzeżenia nie uczynili. Po pierwsze - tak jest poważniej, po drugie - tak nie szkodzi się niedoszłym zwycięzcom w podjęciu innej roboty, po trzecie wreszcie - tak zyskuje się zaufanie w środowisku.


Pamiętam doskonale wszystkie konkursy od czasów powołania pierwszego obcokrajowca. Nazwisko Raula Lozano utrzymywano w tajemnicy właściwie do samego końca, tamte wybory wydawały się najsensowniejsze. Każde kolejne coraz bardziej przybierały kabaretową formułę, a już przepychanki między działaczami o tym, czy trener może pracować jednocześnie w klubie i reprezentacji (casus Jacka Nawrockiego), przypominały wybór przewodniczącego klasowego samorządu niż dyskusję o poważne stanowisko i zdecydowanie zaszkodziły wszystkim stronom.


Wniosków działacze, w większości znający tę materię, bo są w PZPS od lat, nie wyciągnęli. Znów jeden coś chlapnął, inny wskazał zdecydowanego faworyta, a na koniec prezes PZPS pomylił narodowości kandydatów, którzy stanęli do ostatecznej batalii. Jeszcze we wtorek miało być dwóch Włochów, Argentyńczyk i… Serb, prawda? Mamy Ferdinando de Giorgiego, Mauro Berruto, Marcelo Mendeza i Radostina Stojczewa. Ten ostatni to jednak nie Serb, a Bułgar.


Sama komisja, której powołanie jest niczym innym jak rozłożeniem odpowiedzialności za wybór na wszystkich jej członków, też najszczęśliwsza w swym składzie nie była. Choć nie sposób odmówić wybierającym kompetencji, to jak logicznie wytłumaczyć wskazanie do tej trudnej roli np. Sebastiana Świderskiego. Nasz znakomity w przeszłości siatkarz na co dzień pracuje przecież w ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle, z której wywodzi się de Giorgi. Ba, Świderski sprowadzał go do klubu, a teraz ma się wypowiedzieć na temat jego kandydatury na selekcjonera. Cokolwiek nie zrobi, da powody do dywagacji. Będzie „za” de Giorgim selekcjonerem, ktoś pomyśli, że chce się go pozbyć z klubu. Powie „nie”, zadziała w interesie pracodawcy, a nie reprezentacji, w końcu warto mieć u siebie świetnego fachowca.


Nie mam zamiaru się czepiać, ale kilka spraw związanych z tym wyborem trąci absurdem. Po co było informować w zaufaniu (dziennikarzy, wyczekującego środowiska), że Angelo Lorenzetii jest faworytem do zwycięstwa (wyszło nawet, kto ma być jego polskim asystentem), skoro wiadomo było, że do maja nie poświęci się reprezentacji ze względu na obowiązki klubowe. Jego nagłe wycofanie się z powodów rodzinnych jest teraz co najmniej zagadkowe, tak jak zagadkowy stał się kandydat z kapelusza, jakim jest Mendez. Z kapelusza, bo wskoczył do czołówki nagle, i choć ma sukcesy klubowe (m.in. w Portolu Majorka), z reprezentacją nigdy nie pracował. Ten argument akurat łatwo zbić, bo przecież Stephane Antiga był w podobnej sytuacji, ale Francuz miał u boku byłego, wieloletniego selekcjonera (Philippe Blain), z którym w dodatku znał się od lat. Rozważania te nie mają zresztą sensu, tym bardziej że brazylijskie media oświadczyły, że Mendez klubu rzucać nie zamierza, a to przecież warunek konieczny, by prowadzić naszą reprezentację. Więc chyba wykruszył się i drugi, zostało ich tylko trzech.


Wgłębiając się w wybór selekcjonera i problemy z tym związane, należy jeszcze raz zadać sobie pytanie, czy w ogóle zmiana była potrzebna. A jeśli była, to w oparciu o jakie powody i wnioski, które pozwoliłyby lepiej wybrać na przyszłość. Dziwię się przy okazji, że tak bogata na tle innych federacja przeprowadza konkurs, licząc na to, że ktoś kompetentny się zgłosi, zamiast samemu sięgnąć po najlepszego fachowca, jaki spełnia kryteria. Znów odwołując się do świata biznesu: prawdziwe sukcesy osiągają ci, którzy wybierają najlepszych konkurencji, czy ci, którzy szukają na kluczowe stanowiska poprzez ogłoszenie w gazecie.


Na ogłoszenie w gazecie, w tym wypadku ogłoszony konkurs, w ogóle nie odpowiedzieli polscy trenerzy. Z kilku powodów, a jako najważniejszy podają ten, że nie chcieli być kwiatkiem do kożucha, skoro ten szyty jest na miarę kogoś, kto otarł się o Mediolan, albo przynajmniej mówi po włosku. Niby nic zdrożnego, ale tylko w sytuacji, jeśli wyszedłby ktoś - np. prezes - i powiedział: „Polak nie ma szans, a ja biorę odpowiedzialność za wybór obcokrajowca”.


Tak wspominam o tej odpowiedzialności, bo w PZPS trudno znaleźć kogoś z charyzmą Zbigniewa Bońka, który przed trzema laty żadnych konkursów na trenera kadry piłkarzy nie urządzał, z kandydatami się nie zdradzał, tylko wyszedł i powiedział, że od dziś za polski futbol bierze się Adam Nawłka, a ten, który to mówi, bierze na siebie ewentualne sukcesy i porażki. Boniek wówczas doszedł do wniosku, że zagranicznych selekcjonerów drużynie narodowej teraz nie potrzeba. W PZPS z kolei od czasu wyboru Lozano powtarzano, że Polacy będą terminować u zagranicznych trenerów kadry, by kiedyś samemu wziąć się za tą niełatwą robotę. Czy przez 12 lat naprawdę niczego się nie nauczyli?