Komentując ten pojedynek z Andrzejem Gmitrukiem byliśmy zgodni, że na wygraną zasłużył Kowaliow, który doznał pierwszej w karierze porażki (po 30 zwycięstwach i technicznym remisie). Ward pozostał niepokonany (31-0) ale jako pretendent zrobił za mało, żeby zdetronizować mistrza, był na deskach. Kowaliow wyprowadził więcej ciosów (474 do 337), więcej było w celu (126:116), więcej silnych (78:61). Czego chcieć więcej, żeby wygrać? Zabić rywala w ringu? Kowaliow już raz to zrobił (po walce z nim zmarł jego przyjaciel z rosyjskiej reprezentacji Roman Simakow) i do końca życia będzie żył ze szramą na sercu z tego powodu.

Ale walka rozgrywana była w Las Vegas. Wszyscy sędziowie amerykańscy (włącznie z ringowym Robertem Byrdem, do którego mój przyjaciel AG miał zastrzeżenia, że w ogóle nie reaguje na klincze Warda) i wszyscy wyrównane rundy dali swemu rodakowi. Wyobrażacie sobie, żeby neutralni sędziowie wszystkie wyrównane rundy dali pretendentowi? Ja sobie nie wyobrażam.

Kowaliow wszedł do ringu w rytm popularnej rosyjskiej piosenki „Wiecznie młody, wiecznie pijany”. Skomentowałem to zdaniem, że jestem ciekawy kto będzie pijany po walce ze szczęścia. Był Ward. Ale – parafrazując ten rosyjski przebój - powiedziałbym żartem, że jeszcze bardziej pijani byli sędziowie punktowi dając wygraną Wardowi. To nie był wielki przekręt w ich wykonaniu, widziało się większe. Ale to był taki „delikatny przekręcik”. Większą winę ponoszą organizatorzy walki nie dopuszczając do walki żadnego neutralnego arbitra (w Polsce w mistrzowskich walkach byłoby to nie do pomyślenia).

W tej sytuacji jedno wydaje się oczywiste. Musi być rewanż.