Łukasz Majchrzyk: Przed sezonem trener Przemysław Frasunkiewicz poprosił cię o wyciągnięcie planu treningowego z "najciemniejszych czeluści". Przez całą swoją karierę zwiedziłeś wiele klubów i grałeś u wielu trenerów. Spisywałeś wszystkie ćwiczenia?

Piotr Szczotka: To są lata moich doświadczeń - zawsze się takimi rzeczami interesowałem, bo bardzo mnie to ciekawiło i zadawałem bardzo wiele pytań. Cieszę się, że miałem możliwość podpatrywania, bo takimi rzeczami nie zawsze trenerzy chcą się dzielić. Interesowałem się, mam zrobione notatki, mam swój zeszycik. Cały czas się doszkalam, rozmawiam z kolegami.

Po którym trenerze odziedziczyłeś najcięższe plany treningowe?

W Prokomie i w Asseco mieliśmy bardzo ciężkie treningi. Były takie okresy, w których dokręcano nam śrubkę, żeby każdy się zmęczył. Przed sezonem trzeba było ładować akumulatory, skoro graliśmy w PLK i w Eurolidze. Potem czasu na to nie było. W Europie tempo i intensywność spotkań są na innym poziomie i nie można odstawać.

Nie będę próbował wyciągać tajemnic warsztatu, ale powiedz, który szkoleniowiec najchętniej dzielił się wiedzą?

Aleksandras Kosauskas... To był bardzo doświadczony trener, który pracował z reprezentacjami Litwy, Rosji, miał pod swoją opieką lekkoatletów. Nie jest sztuką przeczytanie książek, poza tym wszystkie ćwiczenia można znaleźć w internecie. Najważniejsze jest to, kiedy i gdzie komuś przyłożyć, a kiedy odpuścić. Trzeba mieć dobry kontakt z zawodnikami, rozmawiać z nimi, pytać jak się czują. Oczywiście, trzeba brać poprawkę na to, że niektórzy najchętniej by w ogólnie nie pracowali.

Są tacy w Asseco?

Nie ma takich. Mamy bardzo fajną grupę chłopaków. Każdy z nich widzi, że może grać. Wszystko jest w ich rękach i za jakiś czas mają być siłą tej drużyny.

Wiesz, czego potrzeba zawodnikom obwodowym, a czego podkoszowym?

Siły i dynamiki nigdy za wiele w koszykówce. Jest bardzo dużo zmian krycia, przekazań w obronie i czasami mały zawodnik musi powalczyć z dużym. Nie może być tak, że jest słaby fizycznie i powie sobie "w takiej sytuacji nie walczę". Nawet, jeżeli duży zawodnik dojdzie w tej sytuacji do pozycji, to musi się wcześniej zmęczyć.

Mikołaj Witliński wygląda tak, jakby naturalnie miał siłę konia.

Mikołaj to bardzo fajny, utalentowany zawodnik. Chce pracować i to jest najważniejsze.

Filip Matczak czasami wydaje się szerszy w barach niż wyższy.

Filip jest u nas już ponad trzy lata, ale kiedy przychodził do Asseco, to ważył ponad 90 kilo. Schudł i przerobił to na muskulaturę. Widać efekty tej pracy w jego grze. Każdy, kto ogląda koszykówkę, widzi jak rozwinęły się jego umiejętności.

Marcel Ponitka...

Marcel jest najmłodszy z naszej grupy, ale jest też bardzo dobrym atletą. Jeszcze trochę musi popracować nad sobą, ale goni stawkę.

Dużo było biegania latem? Ktoś mdlał ze zmęczenia?

Przygotowanie do sezonu nie polega na tym, żeby komuś ciało zniszczyć. Trzeba tak pracować, żeby unikać kontuzji. Jeśli się przekroczy granicę, to potem może być kilka miesięcy przerwy. Robimy wszystko stopniowo, małymi krokami. Jeśli ktoś jest u nas trzy lata, to wie, czego się spodziewać. Dla nowych zawodników obciążenia u nas mogą być zaskoczeniem, bo czasami nie ćwiczyli na takich obrotach.

Bieganie po piasku na plaży pomaga oszczędzać stawy?

Gdynia jest stworzona do treningów kondycyjnych. To jest bardzo górzysty teren, mamy też plażę. Możemy biegać nawet w morzu. Jeżeli chodzi o bazę treningową, to mamy wszystko.

Ćwiczenia w wodzie pomagają wypracować dynamikę?

Są bardzo dobre, jeśli ktoś wraca po kontuzji, a z drugiej strony pomagają unikać urazów. Chcemy, żeby ćwiczenia były różnorodne, żeby zawodnicy się nie znudzili. Każdy przychodzi do pracy i nie może być tą pracą znużony.

Wyobrażam sobie, że w wodzie ćwiczyliście swoje przejścia do szybkich ataków...

Czasami gramy w rugby piłką lekarską. Bywa bardzo wesoło (śmiech).

Ktoś się podtopił?

Nie... Woda sięga tylko do pasa (śmiech).

Siłownia bywa nużąca. Ty to lubisz, a jak inni?

Jeden trening to przerzucanie stali, na innym mogą być ćwiczenia z gumami. Robimy zajęcia w terenie, na plaży. Siłownia musi być, to jest element pracy, którą musimy wykonać. Zawodnicy pracują jednak z takim zaangażowaniem, że mi się też bardzo chce, bo widzę, że doceniają mój wysiłek.

Powiedz, czy jak widzisz kogoś lekko zapuszczonego, to masz ochotę mocniej mu przyłożyć?

Kiedy przychodzi zawodnik trochę zapuszczony, to muszę uważać pracując z nim. Nie mogę od pierwszego dnia dołączyć go do całej grupy i kazać mu robić wszystkie ćwiczenia, bo to jest niemożliwe. Tłumaczymy wszystkim, jak mają się prowadzić, odpoczywać, odżywiać. Jeśli zawodnik przychodzi z grup młodzieżowych, to nie zawsze jest dla niego wszystko jasne.

Jeśli przychodzi ktoś spoza Asseco i nie miał do czynienia z waszymi planami treningowymi...

Marcel przyszedł z Zielonej Góry i wyglądał bardzo dobrze. Przeskok między juniorem, pierwszą ligą a ekstraklasą jest niesamowity. Filip Put, który przyszedł do nas z drugiej ligi w dwa i pół miesiąca zgubił osiem niepotrzebnych kilogramów. Tylko, że tłuszcz trzeba przerobić na mięśnie, obudować swoje ciało, żeby zawodnik był dynamiczny.

Któryś z zawodników płakał i mówił "Trenerze, ja już nie chcę"?

Powiem tak: oczy wszystko mówią. Jeśli zawodnik podczas zajęć patrzy już tylko na trenera, to wiem, co on ma w głowie i na pewno nie są to miłe myśli pod moim adresem (śmiech). Wszystko widać. Znamy się już jakiś czas i widzę od razu, czy zawodnik rano przychodzi wypoczęty, wyspany. Im się wydaje, że nikt na to nie zwraca uwagi, a mogę powiedzieć, że zwraca (śmiech). Sama mowa ciała zdradza, czy ktoś jest naładowany energią do pracy, czy śnięty. To jest ich praca, którą wykonują dla siebie, a nie dla mnie. Ja nikogo batem nie będę gonił. Skoro 32-letni Krzysztof Szubarga i 35-letni Piotr Szczotka mogą pracować, to zawodnik 20-letni chyba też może.