Kozłowski: dobry maratończyk musi potrafić cierpieć

Lekkoatletyka
Kozłowski: dobry maratończyk musi potrafić cierpieć
fot.

Ponad 5,5 tys. kilometrów na treningach i zawodach przebiegł w tegorocznym sezonie mistrz Polski w maratonie Artur Kozłowski. - Dobry maratończyk musi potrafić cierpieć, a wygrywają ci, którzy lepiej przezwyciężą swoje kryzysy – powiedział lekkoatleta.

Miniony sezon był najlepszym w karierze zawodnika MULKS MOS Sieradz. W kwietniu 31-letni maratończyk został pierwszym Polakiem, który zwyciężył w Orlen Warsaw Marathon (2:11.54), co dało mu tytuł mistrza kraju na dystansie 42 km 195 m oraz przepustkę na igrzyskach olimpijskie w Rio de Janeiro.

 

- Szczególnie ze względu na olimpijski start, 2016 rok będę wspominał bardzo dobrze. Po części było to spełnienie mojej kariery, choć nie zamierzam osiadać na laurach. Cały czas chcę gonić za ambitnymi celami i szukam nowych wyzwań – podsumował.

 

Podopieczny trenera Tomasza Kozłowskiego (zbieżność nazwisk przypadkowa) na olimpijskiej trasie spisał się najlepiej z trójki biało-czerwonych, zajmując 39. miejsce (2:17.34) wśród 155 uczestników. Jak jednak przyznał, do tego startu wraca z mieszanymi uczuciami.

 

- Liczyłem na miejsce w top20. Wiem, że było to możliwe i z tego względu czuję niedosyt. Do zajęcia lepszej pozycji zabrakło odpowiedniego przygotowania się do specyficznych warunków klimatycznych. Tak naprawdę jednak nie mieliśmy takiej wiedzy i trochę improwizowaliśmy. Nie pomogło mi też to, że był to już mój trzeci maraton w tym roku, a organizmu się nie oszuka. Na trasie dałem jednak z siebie 110 procent i mimo potwornego zmęczenia do końca walczyłem o każdą sekundę. Z tego mogę być w pełni zadowolony – ocenił swój najważniejszy start w karierze.

 

Jak wyliczył, w 2016 r. w trzech maratonach (Houston, Warszawa i Rio) oraz podczas przygotowań do tych startów przebiegł łącznie 5741 km. W czasie najbardziej intensywnych treningów miesięcznie pokonywał dystans ponad 800 km, czyli średnio ok. 25 km dziennie.

 

- To obrazuje, że wyczynowe uprawianie biegania na królewskim dystansie kosztuje bardzo dużo pracy. Trzeba jednak pamiętać, że miejsce na mecie nie jest proporcjonalne do liczby pokonanych na treningach kilometrów. To tak nie działa, bo wbrew pozorom najważniejsza jest regeneracja. Od niej zależy, jak mocny trening można wykonać i kluczem do sukcesu jest znalezienie złotego środka – tłumaczył lekkoatleta.

 

Wśród najważniejszych predyspozycji najlepszych maratończyków wskazał wydolność i wytrzymałość organizmu, ale przede wszystkim podkreślił, że "dobry maratończyk musi potrafić cierpieć".

 

- Nie przypominam sobie maratonu, który kończyłbym z uśmiechem na ustach. W Rio z tzw. ścianą spotkałem się już w okolicach 30. kilometra. Ostatnie 12 było już strasznym cierpieniem i dosłownie każda boląca część ciała krzyczała, żebym zszedł z trasy. +Ściana+ dopada jednak nawet najlepszych i oznacza, że daliśmy z siebie wszystko. Każdy maratończyk cierpi, a wygrywają ci, którzy lepiej przezwyciężą swoje kryzysy – ocenił.

 

Zaznaczył, że do biegania maratonów trzeba mieć mocny charakter. - Ta konkurencja nie pozwala uczyć organizmu odpuszczania, lecz dokręcania śruby, co hartuje się na treningach - powiedział.

 

Kozłowski zwrócił uwagę, że uprawianie biegów długodystansowych na odpowiednim poziomie jest także kosztowne i nie da się osiągać sukcesów bez indywidualnej pomocy sponsorów. Ocenił, że trwające ok. 10 tygodni bezpośrednie przygotowanie do jednego startu może kosztować ok. 25 tys. zł, z czego najwięcej pochłaniają obozy wysokogórskie (m.in. w USA, Kenii, Etiopii) oraz dieta i jej suplementy, a czasami opłacenie osobistego pacemakera, czyli zawodnika forsującego tempo przez część dystansu.

 

Sieradzanin, legitymujący się rekordem życiowym 2:10.58, wśród swoich kolejnych wyzwań wskazał m.in. skracanie dystansu do najlepszych biegaczy z Kenii i Etiopii. Jak przyznał, jest co poprawiać, żeby przewagi czarnoskórych zawodników nie były tak duże, ale zaznaczył równocześnie, że z maratończykami z Afryki można wygrać.

 

- Kilka razy pokazałem, że afrykańską koalicję można wyprzedzić. Choć ta walka nie zawsze jest równa, bo w tych krajach wszechobecny jest doping. W Houston wbiegłem na metę piąty, a teraz jestem już trzeci. Dwóch Etiopczyków zostało bowiem złapanych na twardych sterydach - wspomniał.

 

Mistrz Polski nie ma jeszcze określonych planów startowych na następny sezon. Ze względu na wyczerpujący obecny rok myśli o odpuszczeniu jego pierwszej części lub powrocie do rywalizacji na krótszych dystansach. W najbliższym czasie ma podjąć decyzję, czy w kwietniu przystąpi do obrony tytułu.

mt, PAP

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze