Jest pan młodym kierowcą, ale już doświadczonym w tej imprezie. Który to pana Dakar?

 

Jakub Przygoński: Po raz drugi będę startował samochodem, a w sumie to będzie mój siódmy Dakar. Wcześniej jeździłem motocyklem. Najlepiej mi poszło w 2014 roku, kiedy zająłem szóste miejsce.

 

Co w tym rajdzie jest najtrudniejsze?

 

To duży wysiłek fizyczny, psychiczny i techniczny. Dakar to taka układanka, w której wszystko się musi złożyć w całość, żeby dojechać do mety i uzyskać dobry wynik. Trzeba mieć też dużo szczęścia.

 

W tym roku trasa ma górski profil. Czy to dla pana lepiej?

 

Raczej tak. Ja się dobrze czuję na takich odcinkach, gdzie z zakrętu się wchodzi w zakręt i trzeba obierać optymalną linię jazdy. W porównaniu do innych uzyskuję na takich trasach dobre czasy. Natomiast na odcinkach pustynnych jeszcze mam pewne nawyki z jazdy motocyklem, gdzie w niektórych miejscach trzeba hamować, podczas gdy samochodem trzyma się pełny gaz.

 

To duże obciążenie dla organizmu. Jak pan to znosi?

 

Przez pięć dni będziemy w Boliwii na dużych wysokościach, najwyżej na pięciu tysiącach metrów. To już są wysokości dla alpinistów, którzy specjalnie przygotowują się do takiej eskapady. My tego czasu nie mamy, bo jeden odcinek zaczynamy na wysokości morza, a wieczorem jesteśmy w górach, gdzie też musimy się ścigać. To trudny element, ale ja na szczęście do tej pory nie miałem problemów z chorobą wysokościową. Inni to gorzej znosili, np. Nasser Al-Attiyah, który wygrywa Dakar, jest Katarczykiem i pustynia jest mu bliższa niż góry. Widać po nim, że ma problemy, jest po prostu zielony. Nie da się tego wytrenować.

 

Ten Dakar ma być trudniejszy pod względem nawigacyjnym. Nie obawia się pan tego?

 

Będę jechał z Belgiem Tomem Colsoulem. To bardzo doświadczony pilot, stał już na podium Dakaru. Znamy się od roku, przejechaliśmy razem trzy rajdy - Abu Dhabi, Baja Poland i Maroko. On trochę rozumie Polaków, bo ma żonę Polkę. Dużo będzie zależało od niego. Zwłaszcza w momentach kryzysowych, gdy np. Tom powie, że mam skręcić w prawo, ja to zrobię i to będzie ten idealny strzał.

 

Gdzie ten rajd może się rozstrzygnąć?

 

Dużo będzie się zmieniało w drugiej połowie. Jak się przetrwa Boliwię, to w Argentynie mogą być decydujące odcinki. Trzeba trzymać kciuki za zdrowie mechaników, od których na Dakarze bardzo dużo zależy.

 

Ponownie pojedzie pan Mini. Czy to taki sam samochód, jak w ubiegłym roku?

 

Samochód jest z ubiegłego roku, ale po modyfikacjach. Zostało zmienione rozłożenie masy, aerodynamika. Trzy koła zapasowe mamy włożone pod fotele. Mini z zespołu X-Ride to taki terenowy czołg, który waży dwie tony.

 

Najgroźniejsi rywale?

 

Jest wielu słynnych kierowców. Choćby Carlos Sainz, którego plakat miałem w dzieciństwie nad łóżkiem. Jest Sebastien Loeb, Stephane Peterhansel, Mikko Hirvonen, Nani Roma. Jest się z kim ścigać. O zwycięstwo powinny rywalizować trzy teamy: Peugeot, Toyota i nasze Mini.

 

Podobno w tym roku urozmaicił pan przygotowania do Dakaru...

 

To prawda. Włączyłem do przygotowań coś nowego - trening na symulatorze komputerowym. Ta technika się ostatnio bardzo rozwija. Naprawdę można w ten sposób dobrze trenować, przede wszystkim skupienie. Z tego co wiem, to wszyscy, którzy z tego korzystają, mają bardzo dobrą koncentrację i szybką reakcję. Zobaczymy.

 

W ubiegłym roku zajął pan 15. miejsce. Co pan chce osiągnąć w Dakarze 2017?

 

Celem jest pierwsza dziesiątka. A jak będzie dobrze słońce świeciło, to może nawet piątka, bo wiem, że mnie na to stać.