Polska Agencja Prasowa: To pana dziewiąty Dakar. Jest co wspominać?

 

Rafał Sonik: O swoich przygodach mógłbym długo opowiadać. Sześć Dakarów przejechałem na kołach mojego quada. W 2011 roku miałem wypadek, połamane kości śródręcza, ale z gipsem i kołnierzem usztywniającym dojechałem do mety w kolumnie serwisowej. Rok temu miałem pecha - puściły spawy wewnątrz bloku silnika i rajd się dla mnie skończył. Wcześniej wielokrotnie byłem o krok od wycofania się, ale jakoś zawsze się udawało. A to do chłodnicy wlewałem gatorade'a, którego zgrzewkę wyrzucono mi przez okno z przejeżdżającego samochodu, a to dowlokłem się na holu trzy minuty przed limitem czasu. Takich przypadków miałem wiele.

 

Skąd pana zainteresowanie Dakarem i dlaczego quady?

 

Pamiętam, że bohaterem moich młodzieńczych lat był Sobiesław Zasada. Oglądałem migawki w telewizji z rajdu Safari czy Monte Carlo, marzyłem, żeby być jak Sobiesław. Gdy już odrosłem finansowo od ziemi, zacząłem się ścigać quadami. Dlatego, że miały pionierski charakter, jak wszystko, co wtedy robiłem, przede wszystkim w biznesie. Gdy byłem już mistrzem Polski, zacząłem się rozglądać za kolejnymi wyzwaniami. Zobaczyli mnie wtedy doświadczeni już dakarowcy Marek Dąbrowski i Jacek Czachor. Zachęcili słowami: "pojedź w końcu na jakieś porządne zawody". I tak się zaczęło. Po raz pierwszy miałem uczestniczyć w tym rajdzie, ale jeszcze nie jako zawodnik, w 2008 roku. Tamtą edycję jednak wówczas odwołano. Gdy kolejną zaplanowano w Ameryce Południowej, pomyślałem sobie - jadę! Tamtejsze trasy są mi bliższe od afrykańskich, przede wszystkim dlatego, że bardziej przypominają te w USA, gdzie wcześniej trenowałem.

 

Jak pan wspomina ten pierwszy rajd?

 

To było coś niewiarygodnego. Pierwszy etap liczył 700 km, a ja wcześniej nigdy nie przejechałem więcej niż 300. Ale znalazłem sposób na oswojenie się z tymi odległościami. Zacząłem myśleć czasem, a nie dystansem. Przecież jak człowiek sobie wyobrazi, że trzeba pokonać odległość ze Szczecina do Jasła, to robi się słabo, a jak myślisz, że to jeden dzień, to w końcu nie tak długo. Zresztą w każdym rajdzie początkowe etapy wydają się bardzo długie, a kolejne coraz krótsze. Zupełnie jak w życiu, z wiekiem lata wydają się biec coraz szybciej.

 

Obecna edycja uchodzi za najtrudniejszą w historii. Pan też tak myśli?

 

Ten rajd wydaje się trudniejszy z dwóch powodów. Po pierwsze, przez sześć czy siedem dni będziemy przebywali na wysokości powyżej trzech tysięcy metrów. Wcześniej też jeździliśmy tak wysoko, ale nigdy tak długo. A dzień przerwy zaplanowano na 3,6 tys. metrów w La Paz. No, ładny odpoczynek to będzie. Te trudności nie dotyczą tylko kierowców, ale może przede wszystkim mechaników i innych członków teamów, od których na Dakarze bardzo dużo zależy.

 

Druga trudność, i to jest jeszcze bardziej niefajne, to nawigacja. Road booki układa Marc Coma i już w zeszłym roku tych informacji było mniej. Teraz po raz kolejny je ograniczono. Te książki nawigacyjne są tworzone dla zawodowców. Uprzywilejowują też miejscowych kierowców, którzy tamte trasy znają tak, jak ja Kasprowy Wierch. My jedziemy tam pierwszy raz i nic o nich nie wiemy. To perfidne.

 

Czy w związku z tym przygotowywał się pan specjalnie pod kątem warunków w Boliwii?

 

Przygotowywałem już od dłuższego czasu. Jeździłem na lodowce, dużo chodziłem po górach, przebywałem w komorach hiperbarycznych. A i tak wiem, że Dakar mnie czymś zaskoczy.

 

A sprawy techniczne?

 

Quady to wyjątkowa kategoria. Samochody, motocykle i ciężarówki mają fabryczne teamy, które przygotowują pojazdy. My wszystko musimy robić sami. Wygląda to tak, że kupujemy nowego quada i go rozbieramy do ostatniej śrubki. Później składamy, ale fabrycznych części zostaje może 30 procent. Resztę modyfikujemy w swoich warsztatach. Ostatnio widziałam quada Rosjanina Siergieja Kariakina, który zaprosił do współpracy zakłady techniki kosmicznej i lotniczej. Do jego budowy użyto superlekkich materiałów. My do takich nie mamy dostępu.

 

Ile osób liczy pana ekipa?

 

W tym roku jedziemy w dwa quady, tworzymy team z Kamilem Wiśniewskim. Nasz ekipa liczy w sumie 18 osób. Oprócz nas dwóch są przede wszystkim mechanicy i kierowcy, ale znajdują się w niej także fizjoterapeuta i kucharz, którego ja raczej nazywam naszym żywicielem.

 

Pan już wygrał. Jak się znajduje motywację do kolejnych startów?

 

W 2015 roku, gdy wygrałam, sumę swoich błędów oceniłem łącznie na półtorej godziny. Teraz chcę pojechać lepiej i to jest mój cel. Poza tym Dakar to całe życie skondensowane w dwa tygodnie. To niesamowita przygoda, która daje mi szczęście. Pozwala zrozumieć samego siebie. Ten rajd nigdy mi się nie znudzi.