Ostatnia wiadomość jest szokująca, bo też coś takiego nie zdarza się w profesjonalnym sporcie często. Rose nie przyszedł na mecz ot, tak - po prostu. Nie było go i już. Ludzie z klubu dzwonili, pojechali chyba nawet do jego nowojorskiego apartamentu, żeby sprawdzić, co się dzieje z koszykarzem, który nigdy wcześniej nie znikał.

 

W mieszkaniu go nie było, dodzwonić się nie było można. Nikt nie widział, nie słyszał, nie wiedział. Koszykarze też próbowali nawiązać z nim kontakt. Courtney Lee przyznawał po meczu, że był tak przestraszony, że modlił się za swojego kolegę. W końcu skontaktował się z nim Joakim Noah, który grał z Rose'em od 2008 roku w Chicago Bulls i razem przeszedł do New York Knikcs. Noah przekazał, że zawodnik czuje się dobrze.

 

Potem zaczęło się pojawiać co raz więcej szczegółów nagłego zniknięcia Rose'a. Podobno jeszcze rano pojawił się na treningu rzutowym i nikt nie przypuszczał, że wieczorem nie będzie go w Madison Square Garden. Trener Jeff Hornacek do końca czekał na swojego gwiazdora i zastępujący Rose'a Brandon Jennings dowiedział się na 40 minut przed meczem, że wychodzi w pierwszej piątce.

 

A czemu zawodnika nie było na ważnym spotkaniu? Po meczu przedstawiciele klubu mówili tylko, że musiał polecieć do Chicago (skąd pochodzi), żeby załatwić ważną sprawę rodzinną.

 

Takie rzeczy się nie zdarzają normalnie, nie na tym poziomie profesjonalnego sportu, gdzie każda minuta gry takiego zawodnika jak Rose wyceniana jest na grube tysiące dolarów. Wyobraźmy sobie, że nagle, przed ważnym meczem, znika piłkarz klasy Luisa Suareza i z nikim się nie kontaktuje. Nawet, jeśli Rose nagle musiał polecieć do Chicago, to przecież mógł całą sprawę załatwić inaczej.

 

To zresztą, nie jest jedyny problem koszykarza w ostatnich miesiącach. Stosunkowo niedawno wygrał przed sądem proces cywilny, jaki wytoczyła mu była dziewczyna Jane Doe, która oskarżyła koszykarza o to, że wraz z kolegami ją zgwałcił. Jak w takich sprawach bywa jednak, "niesmak pozostał". Bo w zeznaniach, jakie pojawiły się w procesie, można przeczytać, że Rose wielokrotnie nalegał na dziewczynę, by dała się namówić na sex grupowy. Policja z Los Angeles, prowadzi zresztą w dalszym ciągu dochodzenie i nie jest wykluczone, że sprawa jeszcze wróci.

 

A przecież miało być tak pięknie. I mogło być. Rose, wychowany w Chicago, trafił do Bulls i mógł się stać drugim symbolem tej drużyny, po Michaelu Jordanie. Mike jest jeden, ale Derrick mógł być kimś drugim, bo przecież był "stąd", był świetny i zachwycał. Niestety, przyszły kontuzje kolan, stracone sezony i wraz z nimi, kłopoty. Może trener Tom Thibodeau za bardzo szafował jego zdrowiem, każąc mu grać niemal po 38 minut w sezonie 2010-2011, po którym Rose zerwał więzadła? A przecież styl tego zawodnika opierał się na agresywnych wejściach pod kosz, nieustannych minięciach, zatrzymaniach, zwrotach i efektownych wsadach.

 

Byki zaczęły szukać innego lidera i znalazły Jimmy'ego Butlera, który zaczął zabierać drużynę "dla siebie". To on stawał się nową gwiazdą, a Rose co raz bardziej był przesuwany na drugi plan. Podobno obaj się nie znosili, podobno Butlerowi nie podobało się podejście Rose'a do treningów. Wiadomo na pewno, że dwóch samców Alfa w drużynie to za dużo.

 

Rose może nie być szczęśliwy także w Nowym Jorku. Zebrał już sporo laurów indywidualnych, ale ciągle brakuje mu tego, o czym marzą wszyscy wielcy zawodnicy - czyli pierścienia za mistrzostwo NBA. Czy zaczął grę, obliczoną na to, że Knicks oddadzą go do drużyny liczącej się w walce o tytuł? Czy to przygotowanie na wejście na rynek wolnych agentów po zakończeniu sezonu? Czy może jednak Rose ma poważne problemy osobiste, o których niebawem usłyszymy?