Sobotni występ 53-krotnego triumfatora zawodów PŚ był pierwszym od 376 dni. W styczniu 2016 roku Austriak postanowił odpocząć od zawodowego sportu, a dwa miesiące później zerwał więzadło krzyżowe w kolanie jeżdżąc na nartach w Kanadzie. Wówczas istniało ryzyko, że będzie musiał zakończyć karierę. W niedzielę w pierwszej serii poszybował już na odległość 135,5 m.

 

"Wróciły najlepsze wspomnienia i pojawiła się wielka satysfakcja, że udało się wrócić. W Wiśle otrzymałem potwierdzenie, że jestem na dobrej drodze. W Zakopanem chciałbym zrobić kolejny krok do przodu" - powiedział 27-letni narciarz, który podkreślił, że wiary i otuchy dodało mu także bardzo ciepłe przyjęcie przez polską publiczność.

 

Jak przyznał, czuł jeszcze niewielki ból w operowanym z powodu kontuzji kolanie, ale najważniejsze, że przezwyciężył obawy, czy wytrzyma ono przeciążenia przy lądowaniu.

 

"Mój pociąg odjeżdżał, ale udało mi się do niego wskoczyć. Ważne, że znowu jestem w grze. Z każdym konkursem powinno być lepiej, choć wiem, że brakuje mi nieco wytrzymałości, bo trudno o nią po tak długiej przerwie" - dodał Schlierenzauer, który tuż po niedzielnym konkursie ruszył z menedżerem Hubertem Neuperem do Wiednia, gdzie na poniedziałek miał zaplanowaną konsultację u fizjoterapeuty.

 

Neuper zresztą stara się tonować nastroje, choć zapowiedział, że "Schlieri" chciałby wystąpić w każdym konkursie do końca sezonu, łącznie z mistrzostwami świata w Lahti.

 

"Ta 31. pozycja w pierwszym występie dobrze mu zrobiła, bo pokazała, że jeszcze wiele pracy przed nim" - zauważył i dodał, że także konieczność startów w kwalifikacjach nie powinna zawodnika martwić. "Będzie musiał być stale skoncentrowany, nie będzie miejsca na rozluźnienie" - nadmienił.

 

O motywację jednego z najbardziej utytułowany skoczków w historii Neuper się nie boi.

 

"Przeszedł długą drogę. Był już całkiem zrezygnowany, a jednak pokonał wszelkie demony i odzyskał radość z tego, co było treścią jego życia. Teraz może być wzorem dla innych, nie tylko w sporcie, co także powinno go motywować" - wspomniał menedżer Schlierenzauera.

 

Radości, choć i pewnego zaskoczenia, z dyspozycji dwukrotnego brązowego medalisty olimpijskiego nie krył Andreas Widhoelzl, były znakomity skoczek, a obecnie asystent nieobecnego w Wiśle głównego szkoleniowca kadry Heinza Kuttina.

 

"Czapki z głów, bo przez ostatni rok wykonał ogromną pracę, i szacunek za to, co pokazał w drugim konkursie w Wiśle, szczególnie w pierwszej serii. Był jak killer, stary, dobry Schlieri. Ale równie ważne jest to, że mimo medialnego szumu i zainteresowania fanów jego powrotem pozostał skupiony, potrafił się wyłączyć i skoncentrować na zadaniu" - powiedział Widhoelzl.

 

Nie chciał jednak przesądzać, czy w sobotę w Zakopanem znajdzie się w austriackiej czwórce na zawody drużynowe.

 

"Szef będzie miał ból głowy - przyznał z uśmiechem. - Ale na pewno cieszy nas, że zyskaliśmy kolejnego zawodnika zdolnego do dalekich lotów".

 

Podstawowy zawodnik austriackiej drużyny Michael Hayboeck nie ma wątpliwości, że powrót Schlierenzauera wzmocni ekipę.

 

"Mam nadzieję, że w Zakopanem potwierdzi, iż wrócił do na dobre. Także w drużynie, która bez wątpienia z nim ma szansę być silniejsza i bardziej bojowa" - podkreślił szósty obecnie skoczek PŚ.

 

Z Austriaków lepszy jest tylko czwarty w klasyfikacji generalnej Stefan Kraft, który w Wiśle uplasował się na drugiej i czwartej pozycji.

 

"Po chorobie moje mięśnie nie są jeszcze w pełni sił. Nie byłem w optymalnej formie, a mimo to wyszło świetnie" - zaznaczył i dodał, że Schlierenzauer może wkrótce dołączyć do ścisłej czołówki.

 

"Najpierw powinien pewnie usadowić się w dziesiątce, a jak ustabilizuje formę, to zapewne znowu zobaczymy go na podium" - podsumował Kraft.