Łukasz Majchrzyk: Mistrzostwa Europy w Dusznikach Zdroju to najważniejsza impreza dla polskich biathlonistów w tym sezonie? Jesteście gospodarzami

Adam Kołodziejczyk: Na pewno jest to ważna impreza, bo odbywa się przed naszą, polską publicznością, ale jeśli chodzi o poziom rywalizacji, to na pewno mistrzostwa świata będą na wyższym poziomie, bo pojawi się cała czołówka.

Wreszcie mówi się nie tylko polskich biathlonistkach, ale też o męskiej reprezentacji. Trochę zamieszania narobili, bo trzeba było długo czekać na jakiś ich dobry występ.

Czekaliśmy na to i wierzyliśmy, że taki dzień nadejdzie, ale zawsze czegoś brakowało. Jeśli nasi zawodnicy szybko biegali, to strzelanie im nie wychodziło. Grzegorzowi Guzikowi wszystko się dobrze ułożyło: pobiegł i strzelił odpowiednio, i stąd 26. miejsce. Wiadomo, że trochę szczęścia potrzebował, bo człowiek nie biegnie sam, tylko ma dookoła rywali i trzeba liczyć na to, że będą mieli słabszy dzień, ale 75 proc. roboty wykonał sam. Czekaliśmy na ten wynik. Chłopaków to trochę uwiarygodni i pozwoli im uwierzyć w siebie tym bardziej, że po raz pierwszy od dawna męska sztafeta nie została zdublowana, a to już coś. To był przyzwoity wynik.

Pomówmy chwilę o mężczyznach, bo mieli ciężkie momenty.

Na pewno po zakończeniu kariery przez Tomasza Sikorę męski biathlon bardzo obniżył swoje loty, ale trzeba pamiętać, że najpierw mężczyźni zaczęli osiągać dobre wyniki. Dopiero potem dołączyły Magda Gwizdoń, Krystyna Pałka (dzisiaj Guzik - przyp. Ł.M.), ale to były pojedyncze wyniki. Oprócz Sikory byli bracia Ziemianinowie, Wojciech Kozub, a po nich przyszli zawodnicy, którzy nie potrafili zapewnić minimalnego poziomu. To się zaczęło nakręcać: nie ma wyników, nie ma pieniędzy, a jak nie ma pieniędzy, to ciężko o dobre treningi i wyniki są jeszcze gorsze, i tak w kółko. Różnymi sposobami zbieraliśmy pieniądze dla mężczyzn, ale były sezony, gdy nie było kadry męskiej.

W jaki sposób trenowali, bo w zawodach czasami można ich było dostrzec.

Badaliśmy ich, ale trenowali indywidualnie. Pomagaliśmy im kupować odżywki. Robili, co mogli, ale tak się nie da na dłuższą metę. Nawet Krzysztof Pływaczyk, który był liderem, nie robił wyników, a miał już ponad 30 lat. Wystartowaliśmy z projektem Korea 2018. Wzięliśmy na trenerów Sikorę i Czecha Karela Soukala. Oni mieli wyłonić grupę najbardziej obiecujących zawodników i zacząć ich trenować. Rok po Soczi pojawili się Kamila Żuk, Kinga Mitoraj, Rafał Penar i Mateusz Janik. Może jako juniorzy nie wybili się wysoko, ale potrzeba im jeszcze trochę czasu, żeby weszli na wyższy poziom. Mamy jeszcze Grzegorza Guzika 25, który ma lat. Jego żona jest jego dobrym duchem. Wzajemnie sobie pomagają. Nie jest to łatwe zadanie, ale próbujemy poprawić poziom polskiego biathlonu. Już szkolimy grupę pod kątem igrzysk olimpijskch w Pekinie w 2022 roku i dla tych zawodników zatrudniliśmy świetną Nadię Biełową z Ukrainy. Może ktoś z tej grupy powalczy już o wyjazd do Korei? Na Pucharze IBU juniorów Jakieła Joanna była 7.

W biathlonie można startować przez wiele lat. Nie trzeba się martwić, że ktoś szybko nie odnosi wielkich rezultatów?

Na pewno tacy zawodnicy jak Ole Einar Bjoerndalen czy Sikora przez kilkanaście lat bywali w czołówce. Biathlon to jest konkurencja trudna, żmudna. Potrzeba stabilizacji w strzelaniu. Tomek Sikora mówi, że więcej razy przegrał niż wygrał. Nawet najwięksi mistrzowie mieli porażki. Najważniejsze jest to, że bardzo dużo zawodników trafia bezbłędnie, ale też bez dobrego czasu biegu nawet wybitne strzelanie nic nie daje. Założyłem, że jeżeli nasi zawodnicy przegrają do najlepszych 1,30 min. w biegu i będą strzelać bezbłędnie, to będą zdobywać punkty. Straty muszą być jak najmniejsze. Nasi zawodnicy często na treningu strzelają bezbłędnie, ale zawody to coś innego. Kiedyś, jak nie było presji, bo podium nikomu "nie groziło", to się łatwiej strzelało. Jak zawodniczka widzi na telebimie, że jest 5 i wie, że wystarczy strzelić bez pudła, to będzie dobrze, to pojawiają się nerwy. To jest tak precyzyjne zadanie, że minimalny podmuch, troszkę więcej prochu wystarczy, żeby pocisk poleciał 2 mm obok celu. Nowakowska na IO byla 7., bo chybiła o 2 mm, a mogła być druga.

Sprzętowo już nie przegrywamy?

Tak chcemy, żeby było, ale nie do końca jest to sprawdzalne. Jedni mają troszkę lepsze narty, inni gorsze. Całą naszą wiedzę w to wkładamy. Potęgi zatrudniają po kilkunastu serwismenów. W Polsce nie ma ani jednej uczelni, która by się zajmowała śniegiem i materiałoznawstwem pod kątem sportu. W Skandynawii, w krajach alpejskich naukowcy zajmują się jakością śniegu, choćby po to, by walczyć z lawinami. Są specjalne wydziały na uniwersytetach. W Polsce się nie produkuje nart, smarów i zawsze inni będą mieli pierwsi do dostęp do tego, co najlepsze. Jest taka "zasada", że najlepsze narty ma najlepszy zawodnik i nie jest to do końca przypadkowe. Nasze dziewczyny są na tym poziomie, porównywalnym do najlepszych. Sprzętu mamy sporo, w magazynie jest kilkadziesiąt par i ci, co startują, mają szeroki wybór.

Justyna Kowalczyk jest symbolem morderczego treningu, ale myślę, że biegacze wcale nie trenują lżej.

Bieganie na nartach to jest sport szybkościowo-siłowy. Zawodnicy mają niesamowicie rozbudowaną klatkę piersiową. Przestaje się smarować narty klasyczna na trzymanie (żeby narta nie odjeżdżała) i smaruje się tylko na ślizg na łatwiejszych trasach. Co raz więcej czasu spędzamy na siłowni. Teraz zawodnicy min. 10-12% czasu treningu spędzają na siłowni, u nas kilkadziesiąt procent czasu zajmuje jeszcze strzelanie. W sezonie oddaje się 10-15 tys. strzałów. Czasami nawet na sucho ćwiczymy, po prostu przyjmuje się postawę strzelecką i przez kilkanaście minut ją utrzymuje, żeby mięśnie się przyzwyczaiły. To można wykonać nawet w pokoju hotelowym. W biathlonie nie ma dni wolnych. Wolny dzień to jest 10 km biegu. Dzień treningowy to jest 4-5 godzin ćwiczeń. Dziewczyny biegają po 2-3 tys. km na nartach, drugie tyle na nartorolkach i jeszcze jeżdżą na rowerze. W lekkiej atletyce wystarczy mieć torbę na zgrupowanie. A my jedziemy z całym majdanem na obozy. Latem można by jeździć do Argentyny, ale tam nie ma infrastruktury do treningów, więc się jeździ po 100 km na rowerze. Ważne są nartorolki, które stanowią po 50 proc. całego treningu. Czesi pływali nawet na kajakach.

Jak pan patrzy na wyniki kadry kobiecej w tym sezonie? To lekkie rozczarowanie?

Nie ma Weroniki Nowakowskiej, która zrobiła sobie urlop macierzyński. Krysia Guzik miała problemy ze zdrowiem, potem trenowała z Austriakami. Magda Gwizdoń ze względu na wiele lat praktyki, ma swojego trenera. Monika Hojnisz to taki łącznik między starszą a młodszą grupą. Wyniki nie są zadowalające. Bywały biegi, po których wydawało się, że na dziewczyny wchodzą na wyższy poziom, ale potem przychodziły gorsze wyniki. Na pewno nie jest tak, jak mogłoby być. Myślę, że dziewczyny zadziałają na ME i MŚ. Potem czeka nas jeszcze trudny wyjazd: Korea, Kontiolahti i Oslo. To bęzdie próba naszych zdolności organizacyjnych i wytrzymałości. Na pewno nasze dziewczyny stać na więcej.

Będą medale w Dusznikach Zdroju?

Nie ma innego wyjścia. Dla czołowych dziewczyn, kiedy piszemy zgodę o wyjazd do ministerstwa sportu, to piszemy spodziewane miejsca: 1-8. Inaczej nie możemy, bo one już takie miejsca zajmowały. W ME szanse na medale są wieksze, bo nie będzie dużo zawodników z czołówki. A mężczyźni? Na pewno liczymy na sztafetę mieszaną. Jeżeli dziewczyny będą na wysokim poziomie, to chłopcy mogą pomóc. Na mistrzostwach świata w letnim biathlonie zdobyliśmy w tej konkurencji brązowy medal.