"Nasze motywacje są różne, ale na pewno obie równo mocno chcemy tego finału, więc szykuje się twardy bój" - przyznała 36-letnia Venus Williams, najstarsza z półfinalistek, przed pojedynkiem z 11 lat młodszą swoją rodaczką CoCo Vandeweghe.

 

Porównanie sportowych osiągnięć obu zawodniczek przemawia zdecydowanie na korzyść starszej z sióstr Williams, gdyż Vandeweghe oprócz dwóch turniejowych zwycięstw na trawie w holenderskim s'Hertogenbosch niczym szczególnym pochwalić się nie może. W Wielkim Szlemie wcześniej tylko raz - w Wimbledonie w 2015 roku - dotarła do ćwierćfinału, więc na etapie półfinału zadebiutuje.

 

Williams spotkanie tej rangi rozegra po raz 21. Na kortach Melbourne Park tak daleko ostatnio dotarła... 14 lat temu, kiedy osiągnęła finał, przegrany z młodszą siostrą Sereną. Venus podkreśliła, że mimo wielu sukcesów w Australii akurat nie wiodło się jej najlepiej.

 

"Ja tutaj wcześniej tylko raz grałam w decydującym spotkaniu i to bardzo dawno temu. Chcę znowu poczuć te emocje, a najlepiej zostać mistrzynią. Wyjdę na kort z przeświadczeniem, że swoją pracą w ostatnich miesiącach zasłużyłam na to" - zauważyła siedmiokrotna triumafatorka imprez wielkoszlemowych i była liderka światowego rankingu.

 

W drodze do półfinału nie straciła seta, choć los pozwolił jej uniknąć rywalek z najwyższej półki. Jedyną rozstawioną, z jaką musiała się zmierzyć była turniejowa "24" Rosjanka Anastazja Pawliuczenkowa, którą pokonała w 1/4 finału 6:4, 7:6 (7-3).

 

Nazwiska pokonanych przez 35. dotychczas w klasyfikacji tenisistek Vandeweghe robią wrażenie: doświadczona Włoszka Roberta Vinci w 1. rundzie, broniąca tytułu liderka klasyfikacji WTA Niemka polskiego pochodzenia Angelique Kerber w 1/8 finału i Hiszpanka Garbine Muguruza w ćwierćfinale. Wszystkie te mecze Amerykanka wygrała bez straty seta. Jedynego w imprezie "urwała" jej w 3. rundzie Kanadyjka Eugenie Bouchard.

 

Do tej pory głośniej niż o sportowych osiągnięciach siostrzenicy byłego koszykarza NBA Kikiego Vandeweghe było o złamanych przez nią rakietach i wybuchowych reakcjach.

 

"Staram się zachowywać poprawnie, ale czasami - zwłaszcza przy dużych emocjach - nie potrafię okiełznać mojego charakteru. Na siłę jednak nie próbuję się zmieniać. Może po prostu nerwy mi służą i gram wtedy lepiej. Z drugiej strony nie mogę okazać rywalkom swojej słabości, one muszą czuć moją agresję, moją siłę" - przyznała Vandeweghe.

 

Sama nie zwraca uwagi na to, kto stanie po drugiej stronie kortu. "Nie chcę się stresować samymi nazwiskami bardziej utytułowanych dziewczyn" - dodała.

 

W drugiej parze spotkają się dwie weteranki - 35-letnia Serena Williams i rok młodsza Mirjana Lucic-Baroni. Obecność w tej fazie młodszej z amerykańskiego rodzeństwa nie jest żadnym zaskoczeniem, ale sukces 79. dotychczas w świecie Chorwatki można uznać za sensację.

 

Oprócz wieku i tego, że na stałe mieszka w USA, od Williams różni ją wszystko: sukcesy, sława, miejsce w rankingu (79. przy drugim Amerykanki) i pieniądze (trzy miliony dolarów zarobione grą w tenisa wobec 81 mln rywalki).

 

Dotychczas zmierzyły się dwukrotnie. Oba pojedynki wygrała Amerykanka, ale miały one wtedy, odpowiednio, 16 i 15 lat. W 1998 roku w 2. rundzie Wimbledonu zwyciężyła 6:3, 6:0. "Pamiętam z tego meczu tylko tyle, że był to kort centralny, a my byłyśmy bardzo młodziutkie" - wspomniała Williams.

 

A teraz... "Mirjana gra w Melbourne świetnie, osiągnęła niesamowity wynik. Nie mogę jej zlekceważyć. Niezależnie od wyniku co najmniej 34-letnia tenisistka będzie jednak w finale i to już jest wspaniała wiadomość" - dodała 22-krotna triumfatorka turniejów z cyklu Wielkiego Szlema.

 

Williams po raz ósmy zagra w Melbourne w półfinale. Żadnego z dotychczasowych nie przegrała. Z siedmiu finałów sześć zakończyło się jej zwycięstwami (2003, 2005, 2007, 2009-10, 2015), a przed rokiem w decydującym meczu musiała uznać wyższość Angelique Kerber. Jeżeli w tym roku odzyska tytuł, to jednocześnie wróci, właśnie kosztem Niemki polskiego pochodzenia, na pierwsze miejsce w światowym rankingu. Jego liderką była wcześniej już przez 309 tygodni.

 

Lucic-Baroni, która w 2. rundzie pokonała Agnieszkę Radwańską, po raz pierwszy i jedyny przed tegorocznymi zmaganiami na Melbourne Park osiągnęła wielkoszlemowy półfinał w 1999 roku na londyńskiej trawie. Gdyby pokonała Williams, byłaby drugą chorwacką finalistką Wielkiego Szlema. W 1997 roku w Paryżu do decydującego spotkania dotarła Iva Majoli.

 

Na kartach historii Australian Open nazwisko Lucic widnieje już wśród triumfatorów. W 1998 była najlepsza w deblu juniorek, a występowała wówczas w parze z... Martiną Hingis.

 

Później jej kariera się załamała, a wśród licznych problemów pojawiła się m.in. przemoc domowa ze strony ojca i trenera równocześnie. Wraz z matką i rodzeństwem postanowiła szukać szczęścia, ale i spokoju, w USA. Kilka lat prawie w ogóle nie grała, potem zaczynała praktycznie od zera i niewielkich turniejów. Fortuna odwróciła się wraz ze ślubem w 2010 roku z Włochem Daniele Baronim, właścicielem dwóch restauracji w Sarasocie. Do dziś są szczęśliwym małżeństwem, o czym może świadczyć literka "D" zdobiąca złoty łańcuszek na jej szyi.

 

O tym, że może jeszcze coś osiągnąć w tenisie pomyślała w 2014 roku, kiedy w US Open pokonała ubiegłoroczną triumfatorkę French Open Hiszpankę Muguruzę oraz należącą do ścisłej światowej czołówki Rumunkę Simonę Halep.

 

"Ona jest strasznie pozytywną osobą. Dużo w życiu przeszła, ale widać, że teraz los jej to wszystko oddaje" - zauważyła jej deblowa partnerka z Australian Open Niemka Andrea Petkovic.

 

W ćwierćfinale Lucic-Baroni grała z mocno obandażowanym udem. "Wszystko będzie ok, jestem silna" - zapewniła po meczu, choć w pierwszym wywiadzie na korcie jedyne, co miała siłę powiedzieć, to: "Bóg jest dobry".