Miroslav Radović: Ajax? Śmiałem się po losowaniu

Piłka nożna

Miroslav Radović ma szczególne powody, by sprężyć się na mecze z Ajaksem Amsterdam. Dwa lata temu negocjował transfer do Chin i trener Henning Berg nie pozwolił mu grać. Czas rewanżu?

Łukasz Majchrzyk: Zacznijmy od tego, co najbliżej. Graliście dwa lata temu z Ajaksem przy pustych trybunach i wtedy przyjeżdżał "wielki Ajax" do trochę mniejszej Legii. Teraz mam wrażenie, że już jest zbliżona jakość.

Miroslav Radović: Zgadza się. Dwa lata temu i teraz, to całkowicie różne sytuacje. Pokazalismy w Lidze Mistrzów, że umiemy grać z dobrymi zespołami: Realem czy Sportingiem. Bardzo się cieszę, że ten Pan z góry dał nam szansę zagrać z Ajaksem jeszcze raz. Jeżeli zagramy dobrze, na swoim najlepszym poziomie, to nie mamy się czego bać. Niektórzy mówią, że nasi rywale są lepsi niż dwa lata temu, ale na pewno Legia nie jest słabsza niż dwa lata temu. Myślę, że każdemu przeciwnikowi możemy strzelić bramkę. Jeżeli wejdziemy dobrze w mecz i zagramy na swoim normalnym poziomie, to na pewno jesteśmy w stanie pokonać Ajax.

Z Nikoliciem i Prijoviciem już się dobrze rozumieliście na boisku, a teraz trzeba się zgrać z dwoma nowymi napastnikami: Chukwu i Necidem. To jest największe zmartwienie przed Ajaksem?

Na pewno dobrze by było, gdybyśmy rozegrali razem więcej spotkań, ale tego już nie zmienimy. Czas jest ważny dla każdego, nowego zawodnika. Myślę, że z meczu na mecz będziemy co raz lepiej wyglądali. Odeszło dwóch ważnych piłkarzy, którzy strzelali dla nas wiele bramek. Przyszli dwaj nowi i wierzę, że się staną ważną częścią naszego zespołu.

Trener Aleksandar Vuković przed pierwszym meczem wiosennym mówił, że Arka jest nawet ważniejsza niż Ajax, bo mistrzostwo Polski może wam dać realnie szansę gry o Ligę Mistrzów.

Zdecydowanie tak. Wszyscy powtarzamy w szatni, że mistrzostwo jest priorytetem. Z drugiej strony, fajnie by było jak najdłużej zostać w Europie. Na pewno nie będzie łatwo bronić mistrza, bo Lechia i Lech są naszymi bardzo groźnymi konkurentami.

Jagiellonia nie?

Z całym szacunkiem do Jagiellonii, ale myślę, że w tym momencie nie mają zespołu na tyle dobrego, żeby do końca wytrzymali walkę. My musimy robić swoje i każdy mecz jest dla nas najważniejszy. Trener powtarza, że nie patrzymy z kim gramy, tylko robimy swoje.

Kiedy się pan dowiedział, że trafiacie na Ajax to się pan głośno śmiał?

Śmiałem się, śmiałem... (śmiech). To nietypowa sytuacja dla mnie i bardzo się cieszę, i liczę, że w dwumeczu uda nam się wygrać.

Pan myśli o sobie, że jest dzieckiem szczęścia?

Ten Pan z góry wszystko widzi i dał mi tę szansę. Jeśli by ktoś powiedział, że dwa lata później zagramy z Ajaksem, to bym odparł, że żartuje.

Myślał pan, mając za sobą nieudaną przygodę w Chinach i grę na Słowenii, że tuż za rogiem są najbardziej szalone miesiące w karierze: ukochany Partizan, potem Legia w kłopotach i mecz na Santiago Bernabeu?

Rok 2016 był nieprawdopodobny. Jestem człowiekiem, który lubi stabilność, który rzadko zmieniał kluby, w ciągu 12 miesięcy zagrał aż w trzech drużynach. Po nieudanej przygodzie w Chinach, gdzie nie wyszło mi przez kontuzję, pojechałem na Słowenię. Wiele osób się dziwiło takim wyborem. Mój przyjaciel był tam trenerem i powiedział, że mogę odbudować formę, a jednocześnie pomóc Olimpiji, która pierwszy raz od 20 lat walczy o mistrzostwo. Spodobało mi się to i faktycznie, zdobyliśmy mistrzostwo Słowenii. To była fajna, krótka przygoda. Potem byłem na 99 proc. przekonany, że karierę zakończę w Partizanie, ale kiedy odpadliśmy w pucharach z Zagłębiem Lubin, to zaczęło się zamieszanie. Zaczęły wychodzić różne, brudne rzeczy. Poczułem, że staję się jednym z głównych winnych tego niepowodzenia, a na to nie chciałem się zgodzić. Legia w tym czasie przegrywała, nie było dobrej atmosfery, brakowało osobowości, charakteru w szatni. Prezes Leśnodorski zadzwonił do mnie i zapytał, czy jest szansa na przyjście do Legii? Cieszę się, że się udało, chociaż nie było łatwo. Kibice Partizana byli przerażeni moją decyzją. To nie była normalna sytuacja, że człowiek po dwóch miesiącach odchodzi z klubu, który kocha, ale czułem, że trzeba tak zrobić. Legia dała mi najwięcej w mojej karierze piłkarskiej.

To był najgorszy kryzys, który pan pamięta za swoich czasów w Legii?

Nie przypominam sobie drugiej takiej sytuacji. Wiele osób mnie ostrzegało, żebym się przygotował, bo nie jest fajnie i kolorowo, ale nie sądziłem, że jest aż tak źle. Z czego to wynikało? Nie chcę wyrokować, bo za krótko byłem, żebym mógł dobrze ocenić. Sam trener chyba do końca nie wiedział, co ma robić i jak ma wyglądać nasza gra. Rozwiązanie umowy z Besnikiem Hasim było najlępszą decyzją, jaką można było podjąć, chociaż to on wprowadził Legię do Ligi Mistrzów. Jasnej przyszłości pod jego wodzą nie było jednak widać. Po przyjściu trenera Jacka Magiery powoli sytuacja wracała do normalności.

Mówi pan, że trzeba było charakterów w szatni. Pamięta pan pierwsze wejście po powrocie?

A nie... W ogóle nie ma o czym gadać (śmiech). Nie wyglądało to fajnie. Byłem zdziwiony, że aż na tyle zostało pozwolone. Tak to jest czasami, kiedy przychodzi nowy trener, który nie zna realiów klubu. Besnik Hasi stracił kontrolę nad szatnią.

Mówi prezes Leśnodorski, że "panowie piłkarze" zawsze się dogadają i dlatego pana gra z Vadisem Odjidją-Ofoe wygląda tak dobrze.

Bardzo cieszą takie słowa. Vadisa nie muszę chwalić, bo wszystko widać na boisku. To bardzo dobry piłkarz, na którego spadło wiele krytyki na początku. Teraz już jednak widzimy Vadisa, który bardzo dobrze grał w Belgii. On lubi, preferuje grę kombinacyjną, jak ja. Zawsze się będziemy dogadywać na boisku.

Wróćmy jeszcze na chwilę do meczów z Realem. Wychodzi pan na Santiago Bernabeu. Po drugiej stronie może być Varane, Ramos, Danilo, a ja go i tak przełożę?

Takie mecze gra się nawet łatwiej, bo oni też chcą grać w piłkę. Wierzę w swoje umiejętności, czy to Danilo, czy Varane, ja i tak swoje zrobię. Takie mecze zostaną nam w pamięci do końca życia. Grać na Santiago, przy 80 tys., z Realem - nie gramy co tydzień. Nie oszukujmy się. Szkoda, że w Warszawie graliśmy przy pustych trybunach, ale mam nadzieję, że się to już nie powtórzy.

Niech pan powie na koniec: co jest takiego w pana zwodzie, kiedy przekłada pan sobie piłkę za plecami, że każdy się na to nabierze?

Śmieję się, że wszyscy wiedzą, jaki mam zwód, a ja i tak to zrobię. To jest naturalne, nie da się nauczyć. Albo to masz, albo nie masz. I tyle.

Łukasz Majchrzyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze